diff options
| author | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-14 19:55:57 -0700 |
|---|---|---|
| committer | Roger Frank <rfrank@pglaf.org> | 2025-10-14 19:55:57 -0700 |
| commit | a738595c1aae190d8f99bc96798044e761c20102 (patch) | |
| tree | b8048e25deae14e5efb71be322346f4957e4eb76 /31536-0.txt | |
Diffstat (limited to '31536-0.txt')
| -rw-r--r-- | 31536-0.txt | 5775 |
1 files changed, 5775 insertions, 0 deletions
diff --git a/31536-0.txt b/31536-0.txt new file mode 100644 index 0000000..34db11e --- /dev/null +++ b/31536-0.txt @@ -0,0 +1,5775 @@ +Project Gutenberg's Pan Tadeusz, (Tom Pierwszy), by Adam Mickiewicz + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Pan Tadeusz, (Tom Pierwszy) + Czyli Ostatni Zajazd na Litwie. Historja Szlachecka z r. + 1811 i 1812 we Dwunastu Ksiêgach Wierszem. + +Author: Adam Mickiewicz + +Release Date: March 7, 2010 [EBook #31536] + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK PAN TADEUSZ, (TOM PIERWSZY) *** + + + + +Produced by Jimmy O'Regan and the volunteers of Distributed +Proofreaders Europe http://dp.rastko.net (Produced from +images generously made available by CBN Polona +http://www.polona.pl) + + + + + +PAN TADEUSZ. + + +TOM PIERWSZY. + + + + +PAN TADEUSZ. + + + + +W TYPOGRAFJI A. PINARD, +PRZY WYBRZEŻU VOLTAIRE, 15. + +[Illustration] + +A. MICKIEWICZ. + +Podług Medalionu wykonanego w Weymarze 1829 +przez P. Dawida Członka Instytutu Francyi + +Stefanowi Witwickemu +poświęca ziomek, towarzysz i przyjaciel +Antoni Oleszczynski + +Imprimé par Dion + +1834 + + +PAN TADEUSZ + +CZYLI + +OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE. + +Historja szlachecka +z r. 1811 i 1812, + +WE DWUNASTU KSIĘGACH, WIERSZEM, + +przez + +ADAMA MICKIEWICZA. + +TOM PIERWSZY. + +Wydanie Alexandra Jeżowickiego, + +S POPIERSIEM AUTORA. + +PARYŻ. +1834 + + + + +KSIĘGA PIÉRWSZA. + + + + +GOSPODARSTWO. + + +TREŚĆ. + + Powrot panicza -- Spotkanie się piérwsze w pokoiku, drugie u + stołu -- Ważna Sędziego nauka o grzeczności -- Podkomorzego uwagi + polityczne nad modami -- Początek sporu o Kusego i Sokoła -- Żale + Wojskiego -- Ostatni Woźny Trybunału -- Rzut oka na ówczesny stan + polityczny Litwy i Europy. + + + Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; +Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie +Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobie +Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie. + + Panno święta, co jasnéj bronisz Częstochowy +I w Ostréj świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy +Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! +Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, +(Gdy od płaczącéj matki, pod Twoję opiekę +Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę; +I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń progu +Iść za wrócone życie podziękować Bogu;) +Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono. +Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną +Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, +Szeroko nad błękitnym Niemnem rosciągnionych; +Do tych pól malowanych zbożem rozmaitém, +Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; +Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, +Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, +A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą +Zieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą. + +Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju, +Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, +Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany; +Świéciły się zdaleka pobielane ściany, +Tém bielsze że odbite od ciemnéj zieleni +Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. +Dóm mieszkalny niewielki lecz zewsząd chędogi, +I stodołę miał wielką i przy niéj trzy stogi +Użątku, co pod strzechą zmieścić się niemoże; +Widać że okolica obfita we zboże, +I widać z liczby kopie, co wzdłuż i wszerz smugów +Świecą gęsto jak gwiazdy; widać z liczby pługów +Orzących wcześnie łany ogromne ugoru +Czarnoziemne, zapewne należne do dworu, +Uprawne dobrze nakształt ogrodowych grządek: +Że w tym domu dostatek mieszka i porządek. +Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, +Że gościnna, i wszystkich w gościnę zaprasza. + +Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek +I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek, +Wysiadł s powozu; konie porzucone same, +Szczypać trawę ciągnęły powoli pod bramę. +We dworze pusto: bo drzwi od ganku zamknięto +Zaszczepkami, i kołkiem zaszczepki przetknięto. +Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać, +Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać, +Dawno domu niewidział; bo w dalekiém mieście +Kończył nauki, końca doczekał nareszcie. +Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne +Ogląda czule, jako swe znajome dawne. +Też same widzi sprzęty, też same obicia, +S któremi się zabawiać lubił od powicia; +Lecz mniéj wielkie, mniéj piękne niż się dawniéj zdały. +I też same portrety na ścianach wisiały. +Tu Kościuszko w czamarce krakowskiéj, z oczyma +Podniesionemi w niebo, miecz oburącz trzyma; +Takim był gdy przysięgał na stopniach ołtarzów, +Że tym mieczem wypędzi s Polski trzech mocarzów, +Albo sam na nim padnie. Daléj w polskiéj szacie +Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie, +W ręku trzyma nóż ostrzem zwrócony do łona, +A przed nim leży Fedon i żywot Katona. +Daléj Jasiński młodzian piękny i posępny; +Obok Korsak towarzysz jego nieodstępny +Stoją na szańcach Pragi, na stosach moskali +Siekąc wrogów a Praga już się w koło pali. + Nawet stary stojący zegar kurantowy +W drewnianéj szafie poznał, u wniścia alkowy; +I z dziecinną radością pociągnął za sznurek, +By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek. + +Biegał po całym domu i szukał komnaty +Gdzie mieszkał dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty. +Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice +Po ścianach; w téj komnacie mieszkanie kobiéce? +Któżby tu mieszkał? stary stryj niebył żonaty; +A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty. +To niebył ochmistrzyni pokój? Fortepiano? +Na niém noty, i książki; wszystko porzucano +Niedbale i bezładnie; nieporządek miły! +Niestare były rączki co je tak rzuciły. +Tuż i sukienka biała, świeżo s kołka zdjęta +Do ubrania, na krzesła poręczu rospięta. +A na oknach donices pachnącemi ziołki, +Gieranium, lewkonia, astry i fijołki. +Podróżny stanął w jedném z okien -- nowe dziwo: +W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą +Był maleńki ogródek ścieszkami porznięty. +Pełen bukietów trany angielskiéj i mięty. +Drewniany drobny w cyfrę powiązany płotek +Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek. +Grządki widać że były świeżo polewane; +Tuż stało wody pełne naczynie blaszane, +Ale nigdzie niewidać było ogrodniczki; +Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki +Świeżo trącone, blisko drzwi ślad widać nóżki +Na piasku, bez trzewika była i pończoszki, +Na piasku drobnym, suchym, białym nakształt śniegu; +Ślad wyraźny lecz lekki, odgadniesz że w biegu +Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi +Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi. + +Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając, +Wonnemi powiewami kwiatów oddychając, +Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił, +Oczyma ciekawemi po drożynach gonił, +I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał, +Myślał o nich i czyje były odgadywał. +Przypadkiem oczy podniósł, i toż na parkanie +Stała młoda dziewczyna -- białe jéj ubranie +Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje, +Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję. +W takiém Litwinka tylko chodzić zwykła z rana, +W takiém nigdy niebywa od męsczyzn widziana; +Więc choć świadka niemiała, założyła ręce +Na piersiach, przydawając zasłony sukience. +Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małe +Pokręcony, schowany w drobne strączki białe, +Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku +Świecił się, jak korona na świętych obrasku. +Twarzy niebyło widać, zwrócona na pole +Szukała kogoś okiem, daleko, na dole; +Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie, +Juk biały ptak zleciała s parkanu na błonie, +I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty, +I po desce opartéj o ścianę komnaty, +Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca, +Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca. +Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła; +W tém ujrzała młodzieńca i z rąk jéj wypadła +Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła. +Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą, +Jak obłok gdy z jutrzenką napotka się ranną; +Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił, +Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił +I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie, +Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie; +Podróżny zląkł się, spojrzał, lecz już jéj niebyło, +Wyszedł zmieszany i czuł że serce mu biło +Głośno, i sam niewiedział czy go miało śmieszyć +To dziwaczne spotkanie, czy wstydzie, czy cieszyć. + +Tymczasem na folwarku nieuszło baczności, +Ze przed ganek zajechał któryś z nowych gości. +Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano +Jako w porządnym domu i obrok i siano: +Bo Sędzia nigdy niechciał, według nowéj mody, +Odsyłać konie gości żydom do gospody, +Słudzy niewyszli witac, ale niemyśl wcale +Aby w domu Sędziego służono niedbale; +Słudzy czekają nim się Pan Wojski ubierze, +Który teraz za domem urządzał wieczerzę. +On Pana zastępuje i on w niebytności +Pana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości; +(Daleki krewny pański i przyjaciel domu). +Widząc gościa na folwark dążył pokryjomu; +(Bo niemógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie,) +Wdział więc jak mógł najprędzéj niedzielne ubranie +Nagotowane z rano, bo od rana wiedział, +Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział. + +Pan Wojski poznał zdala, ręce roskrzyżował +I s krzykiem podróżnego ściskał i całował; +Zaczęła się ta prętka, zmieszana rozmowa, +W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa +Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań, +Wykrzykników i westchnień i nowych powitań. +Gdy się Pan Wojski dosyć napytał, nabadał, +Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał. + +«Dobrze mój Tadeuszu,» (bo tak nazywano +Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano +Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził,} +«Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził +Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele. +Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele; +Jest s czego wybrać; u nas towarzystwo liczne +Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne, +Dla skończenia dawnego z Panem Hrabią sporu, +I Pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu; +Podkomorzy już zjechał z żoną i s córkami. +Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami, +A starzy i kobiety żniwo oglądają +Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają. +Pójdziemy jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy +Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy.» + +Pan Wojski s Tadeuszem idą pod las drogą +I jeszcze się dowoli nagadać niemogą. +Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło, +Mniéj silnie ale szerzéj niż we dnie świeciło, +Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze +Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze +Na spoczynek powraca: już krąg promienisty +Spuszcza się na wierzch boru, i już pomrok mglisty +Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa, +Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa; +I bór czernił się nakształt ogromnego gmachu, +Słońce nad niém czerwone jak pożar na dachu; +Wtém zapadło do głębi; jeszcze przez konary +Błysnęło, jako świeca przez okienic szpary, +I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące +We zbożach, i grabliska suwane po łące, +Ucichły i stanęły: tak Pan Sędzia każe, +U niego ze dniem kończą pracę gospodarze. +«Pan świata wié jak długo pracować potrzeba; +«Słońce Jego robotnik kiedy znidzie z nieba, +«Czas i ziemianinowi ustępować s pola.» +Tak zwykł mawiać Pan Sędzia; a Sędziego wola +Była Ekonomowi poczciwemu święta. +Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto +Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły; +Cieszą się z niezwyczajnéj ich lekkości woły. + +Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe, +Wesoło lecz w porządku; naprzód dzieci małe +Z dozorcą, potem Sędzia szedł s Podkomorzyną, +Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną; +Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku; +Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku, +(Tak każe przyzwoitość) nikt tam nie rosprawiał +O porządku, nikt męsczyzn i dam nie ustawiał, +A każdy mimowolnie porządku pilnował. +Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował, +I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu +Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu; +Tym ładem, mawiał, domy i narody słyną, +Z jego upadkiem domy i narody giną. +Więc do porządku wykli domowi i słudzy; +I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy +Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało, +Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało. + +Krótkie były Sędziego s synowcem witania, +Dał mu poważnie rękę do pocałowania +I w skroń ucałowawszy uprzejmie pozdrowił; +A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił, +Widać było z łez, które wylotem kontusza +Otarł prędko, jak kochał Pana Tadeusza. + +W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru +I z łąk i s pastwisk razem wracało do dworu. +Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczy +I wznosi chmurę pyłu; daléj zwolna kroczy +Stado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki. +Tam konie rżące lecą ze skoszonéj łąki; +Wszystko bieży ku studni, któréj ramię i drzewa +Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa. + +Sędzia choć utrudzony, chociaż w gronie gości, +Nie chybił gospodarskiéj, ważnéj powinności, +Udał się sam ku studni; najlepiéj z wieczora +Gospodarz widzi w jakim stanie jest obora, +Dozoru tego nigdy pługom nie poruczy, +Bo Sędzia wié że oko pańskie konia tuczy. + +Wojski z Woźnym Protazym ze świecami w sieni +Stali i rozprawiali nieco poróżnieni, +Bo w niebytność Wojskiego Woźny pokryjomu +Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu, +I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska, +Którego widne były pod lasem zwaliska. +Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił +I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił, +Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić, +Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić. +Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył, +Dla czego urządzenie pańskie przeinaczył; +We dworze żadna izba nie ma obszerności +Dostatecznéj dla tylu, tak szanownych gości, +W zamku sień wielka jeszcze dobrze zachowana, +Sklepienie całe -- wprawdzie pękła jedna ściana. +Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi; +Bliskość piwnic wygodna służącéj czeladzi. +Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny, +Ze miał i taił inne ważniejsze przyczyny. + +O dwa tysiące kroków zamek stał za domem, +Okazały budową, poważny ogromem, +Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków; +Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków. +Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu, +Bezładnością opieki, wyrokami sądu, +W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli, +A resztę rozdzielono między wierzycieli. +Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie +Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie; +Lecz Hrabia sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki, +Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki, +Przyjechawszy z wojażu upodobał mury +Tłumacząc, że gotyckiéj są architektury; +Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tém, +Że Architekt był majstrem z Wilna nie zaś Gotem. +Dość że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu +Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu. +Zaczęli proces w ziemstwie, potém w głównym lądzie, +W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie; +Wreszcie po wielu kosztach, i ukazach licznych, +Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych. + +Słusznie Wożny powiadał że w zamkowéj sieni +Zmieści się i palestra i goście proszeni. +Sień wielka jak refektarz, z wypukłém sklepieniem +Na filarach, podłoga wysłana kamieniem, +Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi; +Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi +Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte; +Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte, +I stoi wypisany każdy po imieniu; +Herb Horeszków Półkozic jaśniał na sklepieniu. + + Goście weszli w porządku i stanęli kołem; +Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem; +Z wieku mu i urzędu ten zaszyt należy, +Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży. +Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie. +Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, +Męsczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli, +I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli. + +Pan Tadeusz choć młodzik, ale prawem gościa, +Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa; +Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało +Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało. +Stryj nie raz na to miejsce i na drzwi poglądał, +Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał. +I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał, +I z nim na miejscu pustém oczy swe osadzał. +Dziwna rzecz! miejsca w koło są siedzeniem dziewic, +Na które mógłby spojrzéć bez wstydu królewic, +Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna; +Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna. +To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki; +Rostargniony, do swojéj nadobnéj sąsiadki +Ledwo słów kilka wyrzekł do Podkomorzanki, +Nie zmienia jéj talerzów, nie nalewa szklanki, +I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne, +S którychby wychowanie poznano stołeczne; +To jedno puste miejsce nęci go i mami, +Już niepuste, bo on je napełnił myślami. +Po tem miejscu biegało domysłów tysiące, +Jako po deszczu żabki po samotnéj łące; +Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę +Lilia jezior skroń białą wznosząca nad wodę. + +Dano trzecią potrawę. W tém pan Podkomorzy, +Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży, +A młodszéj przysunąwszy s talerzem ogórki, +Rzekł: «Muszę ja wam służyć, moje panny córki +Choć stary i niezgrabny.» Zatem się rzuciło +Kilku młodych od stołu i pannom służyło. +Sędzia z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza +I poprawiwszy nieco wylotów kontusza, +Nalał węgrzyna i rzekł: «Dziś nowym zwyczajem +My na naukę młodzież do stolicy dajem, +I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki +Mają od starych więcéj książkowéj nauki, +Ale co dzień postrzegam jak młódź cierpi na tém, +Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem; +Dawniéj na dwory pańskie jachał szlachcic młody, +Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody +Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana, +(Mówiąc Podkomorzemu ścisnął za kolana); +On mnie radą do usług publicznych sposobił, +Z opieki nic wypuści aż człowiekiem zrobił. +W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga, +Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga. +Jeżlim tyle na jego nie korzystał dworze +Jak drudzy, i wróciwszy w domu ziemię orzę, +Gdy inni więcéj godni Wojewody względów +Doszli potém najwyższych krajowych urzędów, +Przynajmniéj tom skorzystał, że mi w moim domu +Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu, +W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało. +Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą. +Niełatwą, bo nie na tém kończy się, jak nogą +Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo; +Bo taka grzeczność modna, zda mi się kupiecka +Ale nie staropolska, ani też szlachecka. +Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna; +Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna, +I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i Pana +Dla sług swoich, a w każdéj jest pewna odmiana. +Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić +I każdemu powinną uczciwość wyrządzić. +I starzy się uczyli; u Panów rozmowa, +Była to historja żyjąca krajowa, +A między szlachtą dzieje domowe powiatu: +Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu, +Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą; +Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą. +Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi? +S kim on żył, co porabiał? każdy gdzie chce wchodzi +Byle nie szpieg rządowy, i byle nie w nędzy. +Jak ów Wespazjanus nie wąchał pieniędzy, +I nie chciał wiedziéć skąd są, z jakich rąk i krajów; +Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów! +Dość że ważny i że się stempel na nim widzi, +Więc szanują przyjaciół jak pieniądze żydzi.» + To mówiąc, Sędzia gości obejrzał porządkiem; +Bo choć zawsze i płynnie mówił i z rozsądkiem, +Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza, +Że ją nudzi rzecz długa choć najwymowniejsza. +Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiém; +Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem, +Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał, +Ale częstém skinieniem głowy potakiwał. +Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał; +Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał, +I daléj mówił: «Grzeczność nie jest rzeczą małą: +Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało, +Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje, +Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje: +Jak na szalach żebyśmy nasi ciężar poznali, +Musim kogoś posadzić na przeciwnéj szali. +Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnéj +Grzeczność, którą powinna młódź dla płci nadobnéj +Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty, +Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty. +Stąd droga do affektów i stąd się kojarzy +Wspaniały domów sojusz -- tak myślili starzy. +A zatem» -- Tu Pan Sędzia nagłym zwrotem głowy +Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy, +Znać było że przychodził już do wniosków mowy. + + W tém brząknął w tubakierę złotą Podkomorzy, +I rzekł: »Mój Sędzio, dawniéj było jeszcze gorzéj! +Teraz niewiém czy moda i nas starych zmienia, +Czy młodzież lepsza, ale widzę mniéj zgorszenia. +Ach ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny +Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! +Gdy raptem paniczyki młode s cudzych krajów +Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów, +Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę, +Prawa i obyczaje, nawet suknie stare. +Żałośnie było widziéć wyżółkłych młokosów, +Gadających przez nosy, a często bez nosów, +Opatrzonych w broszurki i w różne gazety, +Głoszących nowe wiary, prawa, toalety. +Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza; +Bo Pan Bóg kiedy karę na naród przepuszcza, +Odbiéra naprzód rozum od Obywateli. +I tak, mędrsi fircykom oprzéć się nie śmieli, +I zląkł ich się jak dżumy jakiéj cały naród, +Bo już sam wewnątrz, siebie czuł choroby zaród; +Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory; +Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory. +Była to maszkarada, zapustna swawola, +Po któréj miał przyjść wkrótce wielki post -- niewola! + + «Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziécie, +Kiedy do ojca mego w Oszmiańskim powiecie, +Przyjechał Pan Podczaszyc na francuskim wózku. +Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku. +Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem, +Zazdroszczono domowi, przed którego progiem +Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka, +Która się po francusku zwała karjulka. +Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski, +A na kozłach niemczysko chude nakształt deski; +Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki, +W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki, +Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu. +Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu, +A chłopi żegnali się, mówiąc: że po świecie +Jeździ wenecki djabeł w niemieckiéj karecie +Sam Podczaszyc jaki był opisywać długo, +Dosyć że się nam zdawał małpą lub papugą +W wielkiéj peruce, którą do złotego runa +On lubił porównywać, a my do kołtuna. +Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie +Piękniejsze jest niż obcéj mody małpowanie, +Milczał; bo by krzyczała młodzież, że przeszkadza +Kulturze, że tamuje progressy, że zdradza! +Taka była przesądów owoczesnych władza! + + «Podczaszyc zapowiedział że nas reformować, +Cywilizować będzie i konstytuować; +Ogłosił nam, że jacyś francuzi wymowni +Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni. +Choć o tém dawno w Pańskim pisano zakonie, +I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie. +Nauka dawną byłą, szło o jéj pełnienie! +Lecz wtenczas panowało takie oślepienie, +Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie, +Jeśli ich nic czytano w francuskiéj gazecie. +Podczaszyc mimo równość wziął tytuł Markiża; +Wiadomo że tytuły przychodzą s Paryża, +A natenczas tam w modzie był tytuł Markiża. +Jakoż kiedy się moda odmieniła z laty, +Tenże sam Markiż przybrał tytuł Demokraty; +Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem, +Demokrata przyjechał s Paryża Baronem; +Gdyby żył dłużéj, może nową alternatą, +Z Barona przechrzciłby się kiedyś Demokratą. +Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi, +A co Francuz wymyśli, to Polak polubi. + + «Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież +Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież, +Nie szukać prawodastwa w drukarskich kramarniach, +Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach. +Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki, +Nie daje czasu szukać mody i gawędki. +Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną, +Że znowu o Polakach tak na świecie głośno; +Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita! +Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita. +Tylko smutno, że nam ach! tak się lata wleką + +W nieczynności! a oni tak zawsze daleko! +Tak długo czekać! nawet tak randka nowina -- +Ojcze Robaku (ciszéj rzekł do Bernardyna) +Słyszałem, żeś z za Niemna odebrał wiadomość; +Może téż co o naszém wojsku wié Jegomość?» +-- «Nic a nic» odpowiedział Robak obojętnie, +(Widać było że słuchał rozmowy niechętnie) +Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy +Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy +Bernardyńskie, cóż o tém gadać u wieczerzy; +Są tu świeccy do których nic to nie należy.» + + Tak mówiąc, spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników +Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków, +Stary żołnierz, stał w bliskiéj wiosce na kwaterze, +Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę. +Ryków jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę, +Lecz na wzmiankę Warszawy, rzekł podniosłszy głowę: +«Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawy +O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy! +He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a popolsku umiem, -- +Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem! +Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem, +Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem, +Często na awanpostach nasz s francuzem gada. +Pije wódkę; jak krzykną ura! -- kanonada. +Ruskie przysłowie: s kim się biję, tego lubię. +Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie, +Ja mówię, będzie wojna u nas. Do Majora +Płuta Adjutant Sztabu przyjechał zawczora: +Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka, +Czy na Francuza; oj ten Bonapart figurka! +Bez Suwarowa to on może nas wytuza. +U nas w pułku gadano, jak szli na francuza. +Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów +Czarował; tak i były czary przeciw czarów. +Baz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta, -- +A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta, +Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca, +Daléj drzeć pazurami, a Suwarów w kuca. +Obaczcież co się stało w końcu z Bonapartą» -- +Tu Ryków przerwał i jadł; wtém s potrawą czwartą +Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto. + + Weszła nowa osoba przystojna i młoda; +Jéj zjawienie się nagłe, jéj wzrost i uroda, +Jéj ubiór, zwrócił oczy, wszyscy ją witali, +Prócz Tadeusza widać że ją wszyscy znali. +Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną, +Suknię materjalną różową jedwabną, +Gors wycięły, kołnierzyk s korónek; rękawki +Krótkie, w ręku kleciła wachlarz dla zabawki +(Bo nie było gorąca), wachlarz pozłocisty +Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty. +Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi, +W pukle, i przeplatane różowemi wstęgi, +Pośród nich brylant, niby zakryły od oczu, +Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu, +Słowem ubior galowy; szeptali nie jedni, +Ze zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni. +Nóżek, chuć suknia krótka, oko nic zobaczy, +Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéy +Jako osobki, które na trzykrólskie święta +Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta. +Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem, +Chciała usieść na miejscu sobie zostawioném. +Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało, +Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało, +Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć; +Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć, +A potém między rzędem siedzących i stołem, +Jak bilardowa kula toczyła się kołem, +W biegu dotknęła blisko naszego młodziana; +Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana +Pośliznęła się nieco, i w tém roztargnieniu +Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu. +Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swém siadła +Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła; +Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek +Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek +Poprawiała, to lekkiém dotknieniem się ręki +Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki. + +Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery. +Tymczasem, w końcu stoła naprzód ciche szmery, +A potém się zaczęły wpółgłośne rozmowy; +Męszczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy. +Assesora z Rejentem wzmogła się uparta, +Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta, +Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił +I utrzymywał, że on zająca pochwycił; +Assesor zaś dowodził na złość Rejentowi, +Że ta chwała należy chartu Sokołowi. +Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła +Brali stronę Kusego albo też Sokoła, +Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki. +Sędzia na drugim końcu do nowéj sąsiadki +Rzekł półgłosem: przepraszam, musieliśmy siadać, +Niepodobna wieczerzy na późniéj odkładać, +Goście głodni, chodzili daleko na pole, +Myśliłem że dziś z nami nie będziesz przy stole. +To rzekłszy, s Podkomorzym przy pełnym kielichu +O politycznych sprawach rozmawiał po cichu. + +Gdy tak były zajęte stołu strony obie, +Tadeusz przyglądał się nieznanéj osobie; +Przypomniał że za pierwszem na miejsce wejrzeniem +Odgadnął zaraz, czyjém miało być siedzeniem. +Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie; +Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie! +Więc było przeznaczono, by przy jego buku +Usiadła owa piękność widziana w pomroku; +Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza, +Bo ubrana, a ubior powiększa i zmniejsza. +I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty, +A u téj krucze długie zwijały się sploty? +Kolor musiał pochodzie od słońca promieni +Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni. +Twarzy w ów czas niedostrzegł, nazbyt rychło znikła, +Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła; +Myślił że pewnie miała czarniutkie oczęta, +Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta; +U téj znalazł podobne oczy, usta, lica; +W wieku możeby była największa różnica; +Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą, +A Pani ta niewiastą już w latach dojrzałą; +Lecz młodzież o piękności metrykę niepyta, +Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta, +Chłopcowi każda piękność zda się rowiennicą, +A niewinnemu każda kochanka dziewicą. + +Tadeusz chociaż liczył lat blisko dwadzieście, +I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkiém mieście; +Miał za dozorcę księdza który go pilnował +I w dawnéj surowości prawidłach wychował. +Tadeusz zatém przywiózł w strony swe rodzinne +Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne; +Ale razem nie małą chętkę do swywoli, +Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli +Używać na wsi, długo wzbronionej swobody; +Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody; +A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie. +Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie +Są jak wiadomo krzepcy, otyli i silni, +Do żołnierki jedyni, w naukach mniéj pilni. + +Tadeusz się od przodków swoich nieodrodził, +Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził, +Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił, +Choć stryj na wychowanie niczego nieskąpił. +On wolał z flinty strzelać, albo szablą robić. +Wiedział że go myślano do wojska sposobić, +Że Ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę; +Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole. +Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił, +Kazał aby przyjechał i aby się żenił, +I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek +Dać małą wieś, a potém, cały swój majątek. + +Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety +Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnéj kobiety. +Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką, +Jego ramiona silne, jego pierś szeroką, +I w twarz spójrzała, s której wytryskał rumieniec. +Ilekroć z jéj oczyma spotkał się młodzieniec: +Bo s pierwszéj lękliwości całkiem już ochłonął, +I patrzył wzrokiem śmiałym w którym ogień płonął, +Również patrzyła ona, i cztery źrenice +Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce. + +Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę; +Wracał z miasta, ze szkoły; więc o książki nowe, +O autorów pytała Tadeusza zdania, +I ze zdań wyciągała na nowo pytania; +Cóż gdy potém zaczęła mówić o malarstwie, +O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie! +Dowiodła że zna równic pędzel, noty, druki; +Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki, +Lękał się, by niezostał pośmiewiska celem, +I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem. +Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi: +Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi, +Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach, +O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach, +I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić, +By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić. +Tadeusz odpowiadał śmieléj, szła rzecz daléj, +W półgodziny już byli s sobą poufali; +Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki. +W końcu,stawiła przed nim trzy s chleba gałeczki, +Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie; +Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie, +Sąsiadka zaśmiała się, lecz niepowiedziała +Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała. + +Inaczéj bawiono się w drugim końcu stoła, +Bo tam wzmogłszy się nagle stronnicy Sokoła, +Na partyę Kusego bez litości wsiedli: +Spór był wielki, już potraw ostatnich niejedli. +Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony, +A najstraszniéj Pan Rejent był zacietrzewiony, +Jak raz zaczął, bez przerwy ncci swoję tokował +I gestami ją bardzo dobitnie malował. +(Był dawniéj adwokatem Pan Rejent Bolesta, +Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta.) +Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie, +S pod ramion wytknął palce i dłonie paznokcie. +Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem, +Właśnie rzecz kończył. «Wyczha, puściliśmy razem +Ja i Assessor, razem, jakoby dwa kórki +Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki; +Wyezha, poszli, a tając jak strona, smyk w pole. +Psy tuż, (to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stole +I palcami ruch chartów przedziwnie udawał) +Psy tuż, i hec od lasu odsadzili kawał; +Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec. +Wysadził się przed kusym, o tyle, o palec. +Wiedziałem że spudłuje, szarak gracz nielada, +Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada; +Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie +Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie, +A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy, +Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy +Cap!!» Tak krzycząc Pan Rejent na stół pochylony, +S palcami swemi zabiegł aż do drugiéj strony, +I «Cap!» Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem; +Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchem +Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy, +Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy: +Jako wierzchołki drzewa powiązane społem +Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem +Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły, +I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły. + +Tadeusz by niezdradzić swego rostargnienia, +Prawda rzekł mój Rejencie, prawda, bez wątpienia +Kusy piękny chart s kształtu, jeśli równie chwytny... +Chwytny? krzyknął Pan Rejent, mój pies faworytny +Żeby niemiał być chwytny? Więc Tadeusz znowu +Cieszył się, że tak piękny pies niéma narowu. +Żałował że go tylko widział idąc z lasu, +I że przymiotów jego poznać niemiał czasu. + + Na to zadrżał Assessor, puścił z rąk kieliszek, +Utopił w Tadeusza wzrok juk bazyliszek. +Assessor mniéj krzykliwy i mniéj był ruchowy +Od Rejenta, szczuplejszy i mały s postawy, +Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku, +Bo powiadano o nim, ma żądło w języku. +Tak dowcipne żarciki umiał komponować, +Iżby je w kalendarzu można wydrukować: +Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniéj człek dostatni, +Schedę ojca swojego i majątek bratni, +Wszystko strwonił na wielkim figurując świecie; +Teraz wszedł w służbę rządu by znaczyć w powiecie. +Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy, +Już to że odgłos trąbki i widok obławy, +Przypominał mu jego lata młodociane, +Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane; +Teraz mu s całej psiarni dwa charty zostały, +I jeszcze s tych jednemu chciano przeczyć chwały. +Wiec zbliżył się i zwolna gładząc faworyty, +Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity: +«Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu, +Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu, +A Pan kusość uważasz za dowód dobroci? +Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiéj cioci. +Choć Pani Telimena mieszkała w stolicy +I bawi się niedawno w naszéj okolicy, +Lepiéj zna się na łowach niż myśliwi młodzi: +Tak to nauka sama z latami przychodzi.» + +Tadeusz na którego niespodzianie spadał +Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic niegadał, +Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj... +W tém wielkiem szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy, +«Wiwat» krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił, +I zwolna w tabakierę palcami zadzwonił: +Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa, +A wśrodku jéj był portret króla Stanisława. +Ojcu Podkomorzego sam król ją darował, +Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował, +Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać; +Umilkli wszyscy i ust nieśmieli otwierać. +On rzekł: «Wielmożni Szlachta Bracia Dobrodzieje, +Forum myśliwskiém tylko są łąki i knieje, +Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję, +I posiedzenie nasze na jutro solwuję. +I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę; +Woźny! odwołaj sprawę, na jutro na pole, +Jutro i Hrabia s całém myśliwstwem tu zjedzie, +I Waszeć z nami ruszysz Sędzio mój sąsiedzie, +I Pani Telimena i Panny i Panie, +Słowem zrobim na urząd wielkie polowanie; +I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi.» +To mówiąc tabakierę podawał starcowi. + +Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział. +Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział, +Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania, +Bo nikt lepiéj nad niego nie znał polowania. +On milczał, szczypię wziętą s tabakiery ważył +W palcach, i długo dumał nim ją w końcu zażył, +Kichnął aż cała izba rozległa się echem, +I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem: +«O jak mnie to starego i smuci i dziwi! +Cóżbyto o tém starzy mówili myśliwi? +Widząc że w tylu szlachty, w tylu panów gronie, +Mają sądzić się spory o charcim ogonie; +Cóżby rzekł na to stary Rejtan gdyby ożył? +Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył! +Coby rzekł wojewoda Niesiołowski stary, +Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary, +I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim, +I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim, +A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze, +Nikt go na polowanie uprosić nie może, +Białopiotrowiczowi samemu odmówił! +Bo cóżby on na waszych polowaniach łowił? +Piękna byłaby sława! ażeby pan taki +Wedle dzisiejszéj mody jeździł na szaraki. +Za moich panie czasów, w języku strzeleckim, +Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk, zwany był zwierzem szlacheckim, +A zwierze nic mające kłów, rogów, pazurów, +Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów; +Żaden pan przyjąć nie chciałby do ręki +Strzelby, którą zhańbiono sypiąc w nią śrót cienki! +Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając, +Trafia się że spod konia mknie się biedak zając, +Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze, +I na konikach małe goniły panicze +Przed oczyma rodziców, którzy te pogonie +Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie! +Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy +Odwołać swe roskazy, i niech mi wybaczy +Że nie mogę na takie jechać polowanie, +I nigdy na niém noga moja nie postanie! +Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha, +Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha.» + +Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył, +Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył, +Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, +Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży; +Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie, +Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie, +Tadeusz Telimenie, Assessor Krajczance, +A pan Rejent na końcu Wojskiéj Hreczeszance. + +Tadeusz s kilku gośćmi poszedł do stodoły, +A czuł się pomięszany, zły i niewesoły, +Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki, +Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki, +A szczególniéj mu słowo «Ciocia», koło ucha +Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha, +Pragnąłby u Woźnego lepiéj się wypytać +O Pani Telimenie, lecz go niemógł schwytać; +Wojskiego też niewidział, bo zaraz z wieczerzy +Wszyscy poszli za gośćmi jak sługom należy, +Urządzając we dworze izby do spoczynku. +Starsi i damy spały we dworskim budynku, +Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano +W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano. + +W półgodziny tak było głucho w całym dworze +Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze; +Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża. +Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu niezmruża, +Jako wódz gospodarstwa, obmyśla wyprawę +W pole, i w domu przyszłą urządza zabawę. +Dał roskaz ekonomom, wójtom i gumiennym, +Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym, +I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać, +Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać. +Woźny pas mu odwiązał, pas Słucki, pas lity, +Przy którym świecą gęste kutasy jak kity, +Z jednéj strony złotogłów w purpurowe kwiaty, +Na wywrót jedwab' czarny posrebrzany w kraty; +Pas taki można równie kłaść na strony obie, +Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie. +Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać; +Właśnie tém się zatrudniał i kończył tak gadać: + +«Cóż złego że przeniosłem stoły do zamczyska, +Nikt na tém nic niestracił, a Pan może zyska, +Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa. +My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa, +I mimo całą strony przeciwnéj zajadłość, +Dowiodę że zamczysko wzięliśmy w posiadłość. +Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę, +Dowodzi że posiadłość tam ma albo bierze, +Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki: +Pamiętam za mych czasów podobne wypadki.» + +Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni, +Siadł prze świecy i dobył książeczkę s kieszeni, +Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy, +Któréj nigdy nie rzuca w domu i w podróży. +Była to trybunalska wokanda: tam rzędem +Stały spisane sprawy, które przed urzędem +Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał, +Albo o których później dowiedzieć się zdołał. +Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem, +Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem. +Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem, +Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem, +Radziwił z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim, +Obuchowicz s kahałem, Juraha s Piotrowskim, +Maleski z Mickiewiczem, a nakoniec Hrabia +S Soplicą: i czytając, s tych imion wywabia +Pamięć spraw wielkich, wszystkie processu wypadki, +I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki; +I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym +W granatowym kontuszu stał przed trybunałem, +Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła +Przywoławszy dwie strony, «Uciszcie się!» woła. +Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału +Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału. + + Takie były zabawy, spory w one lata +Śród cichéj wsi litewskiéj; kiedy reszta świata +We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny +Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny, +Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebnych. +Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych, +Ciskając grom po gromie, w Piramidy, w Tabor, +W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor +Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu, +Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu +Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów +Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów, +Które broniły Litwę murami żelaza +Przed wieścią dla Rossyj straszną jak zaraza. + +Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba +Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba, +Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę, +Stanął i oczy w koło obracał ostróżne. +Gdy niewidział we dworze rossyjskich żołnierzy, +Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy, +Wtenczas kim był, wyznawał; był legionistą, +Przynosił kości stare na ziemię, ojczystą, +Któréj już bronie niemógł -- jak go wtenczas cała +Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała +Zanosząc się od płaczu! on za stołem siadał, +I dziwniejsze od baśni historye gadał. +On opowiadał jako Jenerał Dąbrowski +Z ziemi Włoskiéj stara się przyciągnąć do Polski, +Jak on rodaków zbiera na Lombardskiém polu; +Jak Kniaziewiez roskazy daje s Kapitolu, +I zwycięsca, wydartych potomkom Cezarów +Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów; +Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie, +Gdzie się cukier wytapia, i gdzie w wiecznéj wiośnie +Pachnące kwitną lasy; z legią Dunaju +Tam wódz murzyny gromi, a wzdycha do kraju. + +Mowy starca krążyły we wsi pokryjomu; +Chłopiec co je posłyszał, znikał nagle z domu, +Lasami i bagnami skradał się tajemnie, +Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie +I nurkiem płynął na brzeg księstwa Warszawskiego, +Gdzie usłyszał głos miły «Witaj nam kollego!» +Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek s kamienia +I Moskalom przez Niemen rzekł: «do zobaczenia». +Tak przekradł się Górecki, Pac i Obuchowicz, +Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz, +Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze, +Kupść, Gedymin i inni których nie policzę; +Opuszczali rodziców i ziemię kochaną, +I dobra, które na skarb Carski zabierano. + +Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru +Przyszedł, i kiedy bliżéj poznał Panów dworu, +Gazetę im pokazał wyprutą s szkaplerza; +Tam stała wypisana i liczba żołnierza, +I nazwisko każdego wodza legionu, +I każdego z nich opis zwycięstwa, lub zgonu. +Po wielu latach, pierwszy raz miała rodzina +Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna; +Brał dom żałobę, ale powiedziéć nie śmiano +Po kim była żałoba, tylko zgadywano +W okolicy; i tylko cichy smutek Panów, +Lub cicha radość, była gazetą ziemianów. + + Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno: +Często on s Panem Sędzią rozmawiał osobno, +Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina +Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać bernardyna +Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze +Chodził, i nie w klasztornym zestarzał się murze. +Miał on nad prawém uchem, nieco wyżej skroni, +Bliznę, wyciętéj skóry na szerokość dłoni, +I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału; +Ran tych niedostał pewnie przy czytaniu mszału. +Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny, +Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołniersczyzny. + +Przy mszy, gdy z wzniesionemi zwracał się rękami +Od ołtarza do ludu, by mówić: «Pan z wami», +To nie raz tak się zręcznie skręcił jednym razem, +Jakby prawo w tył robił za wodza roskazem, +I słowa liturgji takim wyrzekł tonem +Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem; +Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy. +Spraw także politycznych był Robak świadomszy, +Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście, +Często zastanawiał się w powiatowém mieście; +Miał pełno interessów: to listy odbierał +Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał, +To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co +Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą +Do dworów Pańskich, s szlachtą ustawicznie szeptał, +I okoliczne wioski do koła wydeptał, +I w karczmach z wieśniakami rosprawiał nie mało, +A zawsze o tém, co się w cudzych krajach działo. +Teraz Sędziego który już spał od godziny +Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny. + + + + +KSIĘGA DRUGA. + + + + +ZAMEK. + + +TREŚĆ. + + Polowanie s chartami na upatrzonego -- Gość w Zamku -- Ostatni z + dworzan opowiada historją ostatniego z Horeszków -- Rzut oka w + sad -- Dziewczyna w ogórkach -- Śniadanie -- Pani Telimeny Anegdota + petersburska -- Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła -- Interwencja + Robaka -- Rzecz Wojskiego -- Zakład -- Daléj w grzyby. + + + +Kto z nas tych lat niepomni, gdy młode pacholę, +Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole; +Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nieutrudza, +Gdzie przestępując miedzę, niepoznasz że cudza! +Bo na Litwie myśliwiec jak okręt na morzu, +Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu +Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku +Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku, +Czy jak czarownik gada z ziemią, która głucha +Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha. + +Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie, +Bo on szybuje w trawie, jako szczupak w Niemnie; +Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek, +Również głęboko w niebie schowany skowronek; +Ówdzie orzeł szerokiém skrzydłem przez obszary +Zaszumiał, strasząc wróble, jak kometa cary; +Zaś jastrząb pod jasnemi wiszący błękity, +Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity, +Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zającu, +Runie nań z góry jako gwiazda spadająca. + +Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli, +I znowu dom zamieszkać na ojczystéj roli, +I służyć w jeździe która wojuje szaraki, +Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki; +Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków +I innych gazet oprócz domowych rachunków! + + Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło +Na strzechy i przez szpary w stodołę się wkradło; +I po ciemnozieloném świeżém wonném sianie, +S którego młodzież sobie zrobiła posłanie, +Rospływały się złote, migające pręgi +Z otworu czarnéj strzechy, jak z warkocza wstęgi; +I słońce usta sennych promykiem poranka +Draźni, jak dziewcze kłosem budzące kochanka. +Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą, +Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo, +Odezwały się chorem kaczki i indyki, +I słychać bydła w pole idącego ryki. + +Wstała młodzież, Tadeusz jeszcze senny leży, +Bo też najpoźniej zasnął; s wczorajszéj wieczerzy +Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu +Jeszcze oczu niezmrużył, a na swém posłaniu +Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął, +I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął, +Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto s trzaskiem, +I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem +«Surge puer» wołając i ponad barkami +Rubasznie wywijając pasek z ogórkami. + + Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki. +Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki, +Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie, +Odezwały się trąby, otworzono psiarnie; +Zgraja chartów wypadłszy wesoło skowycze; +Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze, +Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze, +Potém biegą i kładą szyje na obroże: +Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży; +Nareszcie Podkomorzy dał roskaz podróży. + +Ruszyli szczwacze zwolna, jeden tuż za drugim, +Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim; +W środku jechali obok Assessor z Rejentem, +A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem, +Rozmawiali przyjaźnie jak ludzie honoru +Idąc na rostrzygnienie śmiertelnego sporu; +Nikt ze słów zawziętości ich poznać niezdoła. +Pan Rejent wiodł Kusego, Assessor Sokoła. +S tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami +Czwałując tuż przy kołach gadali z damami. + + Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem +Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem +Na Pana Tadeusza, marszczył się, uśmiéchał, +Wreście kiwnął nań palcem, Tadeusz podjechał; +Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby: +Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby +Ażeby mu wyraźnie co chce wytłumaczył, +Bernardyn odpowiedziéć, ni spójrzéć nieraczył, +Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył; +Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył. + +Właśnie w ten czas myśliwi smycze zatrzymali +I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali; +Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia, +A wszyscy obrócili oczy do kamienia +Nad którym stał Pan Sędziu, on zwierza obaczył +I rąk skinieniem swoje roskazy tłumaczył. +Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli +Assessor i Pan Rejent kłusują powoli; +Tadeusz będąc bliższy obudwu wyprzedził, +Stanął obok Sędziego i oczyma śledził. +Dawno już nie był w polu; na szaréj przestrzeni +Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni. +Pokazał mu Pan Sędzia; siedział biedny zając +Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając, +Okiem czerwoném spotkał myśliwców wejrzenie, +I jakby urzeczony, czując przeznaczenie +Ze strachu od ich oczu niemógł zwrócić oka, +I pod opoką siedział martwy jak opoka. +Tym czasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj. +Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokół chyży, +Tuż Assessor z Rejentem, razem wrzaśli s tyłu: +«Wyczha, wyczha» i s psami znikli w kłębach pyłu. + +Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem +Ukazał się Pan Hrabia pod zamkowym lasem. +Wiedziano w okolicy, że ten Pan niemoże +Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonéj porze, +I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził, +Widząc myśliwców w polu czwałem do nich pędził +Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi, +Połami na wiatr puścił; s tyłu konno sługi +W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśnących, małych, +W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych: +Sługi które Pan Hrabia tym kształtem odzieje, +Nazywają się w jego pałacu, dżokeje. + +Czwałująca czereda zleciała na błonia, +Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia. +Pierwszy raz widział zamek z rana, i niewierzył +Że to były też same mury, tak odświeżył +I upięknił poranek zarysy budowy; +Zadziwił się Pan Hrabia na widok tak nowy. +Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca +Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca, +Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych, +Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych; +Niższe piętra oblała tumanu powłoka, +Rospadliny i szczerby zakryła od oka. +Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany +Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany; +Przysiągłbyś że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną +Mury odbudowano i znów zaludniono + + Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe, +Zwał je romansowemi; mawiał że ma głowę +Romansową, w istocie był wielkim dziwakiem. +Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem, +Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie, +Jak kot gdy ujrzy wróble na wysokiéj sośnie; +Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju, +Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju +Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem, +Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzec okiem. +Takie były Hrabiego dziwne obyczaje, +Wszyscy mówili że mu czegoś nic dostaje. +Szanowano go przecież, bo pan s prapradziadów, +Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów; +Nawet dla żydów. + + Hrabski koń zwrócony z drogi, +Prosto kłusował polem aż pod zamku progi. +Hrabia samotny wzdychał, poglądal na mury, +Wyjął papier, ołówek i kreślił figury. +Wtém spójrzawszy w bok ujrzał o dwadzieścia kroków +Człowieka, który równie miłośnik widoków, +Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie, +Zdawało się że liczył oczyma kamienic. +Poznał go zaraz, ale musiał kilkn razy +Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy. +Szlachcic to był służący dawnych zamku panów, +Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów; +Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwa, zdrową, +Marszczkami pooraną, posępną, surową. +Dawniéj pomiędzy szlachtą z wesołości słynął; +Ale od bitwy w któréj dziedzic zamku zginął, +Gerwazy się odmienił, i już od lat wielu +Ani był na kiermaszu, ani na weselu; +Odtąd jego dowcipnych żartów niesłyszano, +I uśmiechu na jego twarzy niewidziano. +Zawsze nosił Horeszków liberją dawną. +Kurtę s połami żółtą, galonem oprawną, +Który dziś żółty dawniéj zapewne był złoty. +W koło szyte jedwabiem herbowne klejnoty +Półkozice, i stąd też cała okolica +Półkozicem przezwała starego szlachcica. +Czasem też od przysłowia, które bez ustanku +Powtarzał, nazywano go także Mopanku, +Czasem Szczerbcem, że całą łysinę miał w szczerbach; +Lecz on zwał się Rębajło a o jego herbach +Niewiadomo. Klucznikiem siebie tytułował, +Iż ten urząd na zamku przed laty piastował. +I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem, +Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem. +Choć nie miał co otwierać; bo zamku podwoje +Stały otworem; przecież wynalazł drzwi dwoje. +Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił, +I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił +W jednéj z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie; +Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie, +Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym, +Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém. + +Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił, +I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił +Chyląc łysinę wielką, świecącą zdaleka, +I naciętą od licznych kordów jak nasieka. +Gładził ją ręką, podszedł, i jeszcze raz nisko +Skłoniwszy się, rzekł smutnie: Mopanku, panisko +Daruj mnie że tak mówię Jaśnie Grafie Panie, +To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie: +«Mopanku» powiadali wszyscy Horeszkowie, +Ostatni Stolnik pan mój miał takie przysłowie; +Czyż to prawda Mopanku że pan grosza skąpisz +Na proces, i ten zamek Soplicom ustąpisz; +Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać. +Tu poglądając w zamek nie przestawał wzdychać. + +Cóż dziwnego, rzekł Hrabia, koszt wielki a nuda +Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda +Upiera się; przewidział że mię znudzić może: +Dłużéj też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę, +Przyjmę warunki zgody jakie mi sąd poda. +Zgody? krzyknął Gerwazy, s Soplicami zgoda, +S Soplicami Mopanku? tu mówiąc wykrzywił +Usta, jakby nad własną mową się zadziwił. +Zgoda i Soplicowic! Mopanku Panisko +Pan żartuje, co? Zamek Horeszków siedlisko +Ma pójść w ręce Sopliców? niech pan tylko raczy +Ssiąść s konia, pódżmy w tamek, niech no pan obaczy. +Pan sam nie wie co robi, niech się pan nie wzbrania, +Ssiadaj Pan -- i przytrzymał strzemię do ssiadania. + + Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni: +Tu, rzekł, dawni panowie dworem otoczeni, +Często siadali w krzesłach w poobiedniéj porze. +Pan godził spory włościan; lub w dobrym homurze +Gościom różne ciekawe historye prawił, +Albo ich powieściami i żarty się bawił. +A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty, +Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty. + +Weszli w sień. -- Rzekł Gerwazy, w téj ogromnéj sieni +Brukowanéj, nie znajdziesz Pan tyle kamieni, +Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach; +Szlachta ciągnęła kufy s piwnicy na pasach, +Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy, +Albo na imieniny Pańskie, lub na łowy. +Podczas uczty na chorze tym kapela stała +I w organ i w rozliczne instrumenty grała; +A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym +Grzmiały s choru; wiwaty szły ciągiem porządnym -- +Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości, +Potém Prymasa, potém królowej Jéjmości, +Potém Szlachty i całéj Rzeczypospolitéj; +A nakoniec po piątéj szklanicy wypitéj, +Wnoszono Kochajmy się, wiwat bez przestanku, +Który dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku; +A już gotowe stały cugi i podwody, +Aby każdego odwieść do jego gospody. + +Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu +Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu, +Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą; +Czasem jakby chciał mówić «wszystko się skończyło» +Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką. +Widać że mu wspomnienie samo było męką, +I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali +Na górze, w wielkiéj, niegdyś zwierciadlanéj sali; +Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy, +Okna bet szyb, s krużgankiem wprost naprzeciw bramy. +Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił +I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił, +Miała wyraz żałości wielkiéj i rospaczy. +Hrabia chociaż niewiedział co to wszystko znaczy, +Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie, +Rękę mu scisnął; chwilę trwało to milczenie. +Przerwał je starzec trzęsąc wzniesioną prawicą: +«Niemasz zgody Mopanku pomiędzy Soplicą +I krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie, +Jesteś krewnym Stolnika, po matce Łowczynie, +Która się rodzi z drugiéj córki Kasztelana, +Który był jak wiadomo, wujem mego Pana, +Słuchaj Pan historyi swéj własnéj rodzinnéj, +Która się stała właśnie w téj izbie, nie innéj. + +«Nieboszczyk Pan mój Stolnik, pierwszy Pan w powiecie, +Bogacz i familiant, miał jedyne dziecie, +Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało +Stolnikównie i szlachty i paniąt niemało. +Między szlachtą był jeden wielki paliwoda, +Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda +Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie +Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie, +I trzystu ich kreskami rządził wedle woli, +Chód sam nic nieposiadał prócz kawałka roli, +Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha. +Owoż Pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha +I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików, +Popularny dla jego krewnych i stronników. +Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawém przyjęciem, +Że mu się uroiło zostać Pańskim zięciem. +Do zamku nieproszony coraz częściéj jeździł, +W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł +I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano, +I czarną mu poléwkę do stołu podano. +Podobno Stolnikownie wpadł Soplica w oko, +Ale przed rodzicami taiła głęboko. + +«Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał +Prawo trzeciego maja, i już szlachtę zbierał. +Aby Konfederatom ciągnąć ku pomocy, +Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy: +Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalić, +Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić. +W zamku całym był tylko Pan Stolnik, ja, Pani, +Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani +Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali; +Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali +Krzycząc ura, od bramy wali po tarasie; +My im ze strzelb dziesięciu palnęli «a zasie» +Nic tam niebyło widać; słudzy bez ustanku +Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku. +Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiéj trwodze +Dwadzieścia strzelb leżało tu na téj podłodze, +Wystrzeliliśmy jedną, podawano druga, +Ksiądz Proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą. +J Pani i Panienka i nadworne Panny; +Trzech było strzelców a szedł ogień nieustanny; +Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury, +My zrzadka, ale celniéj dogrzewali z góry. +Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło, +Ale za każdym razem trzech nogi zadarło, +Wiec uciekli pod lamus; a już był poranek. +Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek, +I skoro s pod lamusa moskal łeb wychylił, +On dawał zaraz ognia a nigdy nie mylił, +Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał, +I już się rzadko który z za ściany wykradał. +Stolnik widząc strwożone swe nieprzyjaciele, +Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę +I z ganku krzycząc sługom wydawał roskazy; +Obróciwszy się do mnie rzekł; za mną Gerwazy! +Wtém strzelono s pod bramy, Stolnik się zająknął, +zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął; +Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same, +Pan słaniając się palcem ukazał na bramę. +Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem! +Po wzroście i po wąsach! jego to postrzałem +Zginął Stolnik, widziałem! łotr jeszcze do góry +Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury! +Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały! +Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały +Chybiły; czym ze złości czy z żalu źle mierzył. +Usłyszałem wrzask kobiet, spojrzałem, -- pan nieżył.» + +Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał, +Potém rzekł kończąc: «Moskal już wrota wywalał; +Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie, +I nie wiedziałem co się działo w około mnie; +Szczęściem na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz +Przywiódłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz, +Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka, +A nienawidzą rodu Sopliców od wieka. + + Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy, +Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy, +Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie +Syna, któryby zemstę poprzysiągł na grobie! +Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany +Obmoczyłem mój rapier scyzorykiem zwany, +(Zapewne Pan o moim słyszał scyzoryku, +Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku) +Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach, +Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach; +Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku; +Jednego podpaliłem w drewnianym budynku. +Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze, +Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę +Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został, +Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał! +Rodzoniutki braciszek owego wąsala, +Żyje dotąd, i s swoich bogactw się przechwala, +Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią, +Szanowany w powiecie, ma urząd, jest Sędzią! +I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi +Mają krew Pana mego zetrzeć s téj podłogi? +O nie! póki Gerwazy ma choć za grosz duszy, +I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy +Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie! +Póty Soplica tego zamku nie dostanie!.» + +«O! Krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry! +Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury! +Choć nie wiedziałem że w nich taki skarb się mieści, +Tyle scen dramatycznych, i tyle powieści! +Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię, +Ciebie osadzę w murach jak mego Burgrabię: +Twoja powieść Gerwazy zajęła mię mocno. +Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną; +Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach, +A tybyś mi o krwawych rospowiadał czynach. +Szkoda że nasz nie wielki dar opowiadania! +Nie raz takie słyszałem, i czytam podania; +W Anglii i w Szkocyi każdy zamek Lordów, +W Niemczech każdy dwór Grafów, był teatrem mordów! +W każdej dawnéj, szlachetnéj, potężnéj rodzinie +Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czym. +Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku: +W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku. +Czuję że we mnie mężnych krew Horeszków płynie! +Wiem co winienem sławie i mojéj rodzinie, +Tak! muszę zerwać wszelkie s Soplicą układy, +Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady! +Honor każe» Rzekł, ruszył uroczystym krokiem, +A Gerwazy szedł s tyłu w milczeniu głębokiém. +Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał, +Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał, +Tak samotną rozmowę kończąc rostargnionv: +«Szkoda że ten Soplica stary nie ma żony! +Lub córki pięknéj, któréj ubóstwiałbym wdzięki! +Kochając i niemogąc otrzymać jéj ręki; +Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość: +Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!» + +Tak szepcąc spiął ostrogi, koń leciał do dworu, +Gdy zdrugiéj strony strzelcy wyjeżdżali z boru; +Hrabia lubił myśliwstwo, ledwie strzelców zoczył, +Zapomniawszy o wszystkiém prosto ku nim skoczył, +Mijając bramę, ogród, płoty; gdy w zawrocie +Obejrzał się, i konia zatrzymał przy płocie; +Był sad -- + + Drzewa owocne zasadzone, w rzędy +Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy. +Tu kapusta sędziwe schylając łysiny, +Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny; +Tam plącząc strąki w marchwi zielonéj warkoczu +Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu; +Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza; +Gdzie niegdzie otyłego widać brzuch harbuza. +Który od swéj łodygi aż w daleką stronę +Wtoczył się jak gość między buraki czerwone. + +Grzędy roscięte miedzą; na każdym przykopie +Stoją jakby na straży, w szeregach konopie, +Cyprysy jarzyn; ciche, proste i zielone, +Jch liście i woń służą grzędom za obronę, +Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija, +A ich woń gąsienice i owad zabija. +Daléj maków białawe górują badyle, +Na nich, myślisz iż rojem usiadły motyle +Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni +Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni; +Tylą farb żywych, różnych, mak zrzenicę mami. +W środku kwiatów jak pełnia pomiędzy gniazdami +Krągły słonecznik, licem wielkiém, gorejącém, +Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem. + +Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki, +Bez drzew, krzewów i kwiatów; ogród na ogórki. +Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym, +Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym. +Pośrodku, szła dziewczyna, w bieliznę ubrana, +W majowéj zieloności tonąc po kolana; +Z grząd zniżając się w brózdy, zdała się nie stąpać, +Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać. +Słomianym kapeluszem osłoniła głowę, +Od skroni powiewały dwie wstążki różowe +I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy; +Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy, +Prawą rękę podniosła, niby do chwytania; +Jako dziewcze gdy rybki w kąpieli ugania +Bawiące się z jéj nóżką, tak ona co chwila +Z rekami i koszykiem po owoc się schyla +Który stopą nadtrąci, lub dostrzeże okiem. + +Pan Hrabia zachwycony tak cudnym widokiem, +Stał cicho. Słysząc tentent towarzyszów w dali, +Ręką dał znak ażeby wstrzymać konie; stali. +On patrzył z wyciągniętą szyją; jak dziobaty +Żuraw, zdala od stada gdy odprawia czaty +Stojąc na jednéj nodze, s czujnemi oczyma, +I by niezasnąć kamień w drugiéj nodze trzyma. + +Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni; +Był to bernardyn kwestarz Robak, a miał w dłoni +Podniesione do góry węzłowate sznurki: +Ogórków chcesz Waść, krzyknął, oto masz ogórki. +Wara Panie od szkody, na tutejszéj grzędzie +Nie dla Waszeci owoc, nic s tego nie będzie -- +Potém palcem pogroził, kaptura poprawił, +I odszedł; Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił, +Śmiejąc się i klnąc razem téj nagłéj przeszkodzie; +Okiem powrócił w ogród; ale już w ogrodzie +Niebyło jéj; mignęła tylko śród okienka +Jéj różowa wstążeczka i biała sukienka. +Widać na grzędach jaką przeleciała drogą, +Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą, +Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił, +Jak woda którą ptaszek skrzydłami roskroił. +A na miejscu gdzie stała, tylko porzucony +Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony. +Pogubiwszy owoce na liściach zawisał, +I wśród fali zielonéj jeszcze się kołysał. + +Po chwili wszędzie było samotnie i głucho; +Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho, +Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie +Za nim stali. -- Aż w cichym i samotnym domie +Wszczął się naprzód szmer, potém gwar i krzyk wesoły, +Jak w ulu pustym kiedy weń wiatają pszczoły: +Był to znak że wracali goście s polowania, +I krzątała się służba około śniadania. + +Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki, +Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki; +Męszczyzni tak jak weszli, w swych zielonych strojach, +S talerzami, s szklankami, chodząc po pokojach, +Jedli, pili, lub wsparci na okien uszakach, +Rosprawiali o flintach, chartach i szarakach; +Podkomorstwo i Sędzia przy stole; a w kątku +Panny szeptały s sobą; niebyło porządku, +Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa, +Była to w staropolskim domie moda nowa; +Przy śniadaniach, Pan Sędzia choć nuierad pozwalał +Na taki nieporządek, lecz go niepochwalał. + +Różne też były dla dam i męszczyzn potrawy: +Tu roznoszono tace s całą służbą kawy, +Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane, +Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane, +I s porcelany saskiej złote filiżanki, +Przy każdéj garnuszeczek mały do śmietanki. +Takiéj kawy jak w Polszcze niema w żadnym kraju: +W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju, +Jest do robienia kawy osobna niewiasta, +Nazywa się Kawiarka; ta sprowadza z miasta, +Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku, +I zna tajne sposoby gotowania trunku, +Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu, +Zapach moki i gęstość miodowego płynu. +Wiadomo, czém dla kawy jest dobra śmietana, +Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana +Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie, +I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie +Do każdéj filiżanki w osobny garnuszek, +Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek. + +Panie starsze już wcześniéj wstawszy piły kawę, +Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę +Z gorącego, śmietaną bielonego piwa, +W którym twarog gruzłami posiekany pływa. + +Zaś dla męsczyzn więdliny leżą do wyboru. +Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru, +Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym +Uwędzone w kominie dymem jałowcowym; +W końcu, wniesiono zrazy na ostatnie danie: +Takie bywało w domu Sędziego śniadanie. + +We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona: +Starszyzna przy stoliku małym zgromadzona +Mówiła o sposobach nowych gospodarskich, +O nowych coraz sroższych ukazach cesarskich. +Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski +Oceniał, i wyciągał polityczne wnioski. +Panna Wojska włożywszy okólary sine, +Zabawiała kabałą s kart Podkomorzynę. +W drugiéj izbie toczyła młodzież rzecz o łowach. +W spokojniejszych i cichszych niż zwykle rozmowach; +Bo Assessor i Rejent, oba mówcy wielcy, +Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy, +Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni; +Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni +Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny +Znalazł się zagon chłopskiej, niezżętéj jarzyny; +Tam wpadł zając: już Kosy, już go Sokół imał, +Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał; +Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie; +Psy powróciły same: i nikt pewnie niewié, +Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć niezdoła, +Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła, +Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony, +I spór na dalsze czasy trwał nierostrzygniony. + + Wojski stary od izby do izby przechodził. +Po obu stronach oczy rostargnione wodził, +Niemieszał się w myśliwych, ni w starców rozmówę, +I widać że czém innem zajętą miał głowę; +Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie. +Duma długo, i -- muchę zabije na ścianie. + +Tadeusz s Telimeną pomiędzy izbami +Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami; +Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział, +Wiec szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział: +Ze ciocia Telimena jest bogata Pani, +Ze niesą kanonicznie s sobą powiązani +Zbyt bliskiém pokrewieństwem; i nawet niepewno +Czy ciocia Telimena jest synowca krewną, +Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice +Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę; +Że potém ona żyjąc w stolicy czas długi +Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi; +Stąd ją Sędzia szanował bardzo, i przed światem +Lubił może s próżności, nazywać się bratem, +Czego mu Telimena przez przyjaźń niewzbrania. +Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania. +Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli; +A wszystko to się stało w jednéj krótkiéj chwili. + +Ale w izbie na prawo, kusząc Assessora +Rzekł Rejent mimojazdem: ja mówiłem wczora, +Że polowanie nasze udać się niemoże: +Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże, +I mnóstwo sznurów chłopskiej niezżętéj jarzyny; +Stąd i Hrabia nięprzybył mimo zaprosiny, +Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się, +Nieraz gadał o łowów i miejscu i czasie; +Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa, +I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa +Polować tak jak u nas, bez żadnego względu +Na artykuły ustaw, przepisy urzędu; +Nieszanując niczyich kopców ani miedzy +Jeździć po cudzym gruncie, bez dziedzica wiedzy; +Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje, +Zabijać nieraz lisa właśnie gdy linieje, +Albo cierpieć iż kolną samicę zajęczą +Charty w runi uszczują, a raczéj zamęczą, +Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali, +Że cywilizacja większa u Moskali; +Bo tam o polowaniu są ukazy Cara +I dozor policyi i na winnych kara. + +Telimena ku lewéj iźbie obrócona, +Wachlując batystową chusteczką ramiona, +«Jak mamę kocham, rzekła, Hrabia się niemyli, +Znam ja dobrze Rossyą. Państwo niewierzyli +Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów +Godna pochwały czujność i srogość urzędów. +Byłam ja w Petersburgu, nie raz, nie dwa razy! +Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy! +Co za miasto! Nikt s Panów niebył w Petersburku? +Chcecie może plan widzieć, mam plan miasta, w biórku. +Latem świat Petersburski zwykł mieszkać na daczy, +To jest w pałacach wiejskicb (dacza wioskę znaczy); +Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką, +Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko, +Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku: +Ach co to był za domek! plan mam dotąd w biórku. +Otoż na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie +Jakiś mały czynownik, siedzący na śledztwie; +Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie! +Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie. +Ilekroć s książką wyszłam sobie do ogrodu, +Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu; +Zaraz i pies przyleciał, i kręcił ogonem, +I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym. +Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło +S tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło. +Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka, +Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka +Bonończyka! Ach była to roskoszna psina, +Miałam ją w podarunku od księcia Sukina +Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka, +Mam jéj portrecik, tylko niechcę iść do biórka. +Widząc ją zadławioną, z wielkiéj alteracyi +Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacyi. +Możeby gorzéj jeszcze z mojém zdrowiem było; +Szczęściem nadjechał właśnie z wizytą Kiryło +Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu, +Pyta się o przyczynę tak złego humoru. +Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy; +Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy. +Jak śmiesz, krzyknął Kiryło piorunowym głosem, +Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod Carskim nosem? +Osłupiały czynownik, darmo się zaklinał, +Że polowania dotąd jeszcze niezaczynał, +Że z Wielkiego Łowczego wielkiém pozwoleniem, +Zwierz uszczuty zda mu się być psem nie jeleniem. +Jakto? krzyknął Kiryłło, to śmiałbyś hultaju +Znać się lepiej na łowach i źwierząt rodzaju, +Niżli ja Kozodusin, Carski Jegermajster? +Niechajże nas rozsądzi zaraz Policmajster. +Wołają Policmajstra, każą spisać śledztwo: +Ja rzecze Kozodusin wydaję świadectwo, +Że to łani; on plecie że to pies domowy: +Rozsądź nas kto zna lepiéj zwierzynę i łowy. +Policmajster powinność służby swéj rozumiał, +Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał, +I odwiódłszy na stronę po bratersku radził, +By przyznał się do winy i tém grzech swój zgładził. +Łowczy udobruchany, przyrzekł że się wstawi +Do Cesarza, i wyrok nieco ułaskawi; +Skończyło się że charty poszły na powrozy, +A czynownik na cztéry tygodnie do kozy, +Zabawiła nas cały wieczor ta pustota, +Zrobiła się nazajutrz s tego anegdota, +Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się; +I nawet wiem s pewnością, że sam Cesarz śmiał się. + +Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem +Grał w maryasza, i właśnie z wyświeconém winem +Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał, +Kiedy Sędzia początek powieści posłyszał; +I tak nią był zajęty, że z zadartą głową, +I s kartą podniesioną, do bicia gotową, +Siedział cicho i tylko bernardyna trwożył, +Aż gdy skończono powieść, Pamfila położył, +I rzekł śmiejąc się: niech tam sobie kto chce chwali +Niemców cywilizacyą, porządek Moskali; +Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów +Prawować się o lisa, i przyzywać drabów +By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje; +Na Litwie chwała Bogu stare obyczaje: +Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa, +I niebędziemy nigdy o to robić śledztwa; +I zboża mamy dosyć, psy nas nieogłodzą, +Że po jarzynach albo po życie pochodzą; +Na morgach chłopskich bronię robić polowanie. + +Ekonom z lewéj izby rzekł: niedziw Mospanie, +Bo też Pan tak drogo płaci za taką zwierzynę. +Chłopy i radzi temu; kiedy w ich jarzynę +Wskoczy chart, niech otrząśnie dziesięć kłosów żyt. +To Pan mu kopę oddasz i jeszcze nie kwita, +Często chłopi talara w przydatku dostali; +Wierz mi Pan że się chłopstwo bardzo rozzuchwali, +Jeśli -- Resztę dowodów Pana Ekonoma +Niemógł usłyszyć Sędzia, bo pomiędzy dwoma +Rosprawami, wszczęło się dziesięć rozgoworów, +Anegdot, opowiadań, i nakoniec sporów. + +Tadeusz s Telimeną całkiem zapomnieni, +Pamiętali o sobie: -- Rada była Pani, +Że jéj dowcip tak bardzo Tadeusza bawił; +Młodzieniec jéj nawzajem komplementy prawił, +Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj, +I Tadeusz udawał że jéj niedosłyszy +W tłumie rozmów: więc szepcąc tak zbliżył się do niéj, +Że uczuł twarzą lubą gorącość jéj skroni. +Wstrzymując oddech, usty chwytał jéj westchnienie +I okiem łowił wszystkie jéj wzroku promienie. + +Wtém pomiędzy ich usta, mignęła znienacka +Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka. + +Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi +Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi; +Barwą i kształtem całkiem podobne do innych, +Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych, +Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą, +A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą, +Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać, +Bo s pająkiem sam na sam może się borykać. +Wszystko to Wojski zbadał, i jeszcze dowodził +Że się s tych much szlacheckich, pomniejszy lud rodził, +Że one tém są muchom, czem dla roju matki, +Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki. +Prawda że Ochmistrzyni, ani Pleban wioski, +Nieuwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski +I trzymali inaczéj o muszym rodzaju; +Lecz Wojski nieodstąpił dawnego zwyczaju, +Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił. +Właśnie mu teraz szlachcic nad uchem zadzwonił, +Podwakroć Wojski machnął, zdziwił się że chybił, +Trzeci raz machnął, tylko co okna niewybił; +Aż mucha odurzona od tyla łoskotu, +Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu, +Rzuciła się z rospaczą pomiędzy ich lica; +I tam za nia mignęła Wojskiego prawica: +Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy, +Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy; +Uderzyły się mocno oboje w uszaki, +Tak że obojgu sine zostały się znaki. + +Szczęściem nikt nieuważał, bo dotychczasowa +Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa, +Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu: -- +Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu, +Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie, +A wtém dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie, +Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy, +Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy; +Tak dzieje się z rozmową: zwolna się pomyka, +Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika. +Dzikiem rozmów strzeleckich, był ów spór zażarty +Rejenta z Assessorem o sławne ich charty. +Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwilę; +Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle, +Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części, +Przycinki, gniew, wyzwanie -- i szło już do pięści. + +Więc ku nim z drugiéj izby wszyscy się porwali, +I tocząc się przeze drzwi nakształt bystréj fali, +Unieśli młodą parę stojącą na progu, +Podobną Janusowi, dwólicemu bogu. + +Tadeusz s Telimeną nim na skroniach włosy +Poprawili, już groźne ucichły odgłosy, +Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył, +Nastąpił rozejm kłótni, kwestarz ją uśmierzył: +Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty. +Właśnie kiedy Assessor podbiegł do Jurysty, +Gdy już sobie gestami grozili szermierze, +On raptem porwał obu s tyłu za kołnierze, +I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne +Jedną o drugą jako jaja wielkonocne, +Roskrzyżował ramiona nakształt drogoskazu +I we dwa kąty izby rzucił ich od razu; +Chwilę z rosciągnionemi stał w miejscu rękami, +I Pax, pax, pax vobiscum krzyczał, pokój z wami! + +Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie: +Przez szacunek należny duchownéj osobie, +Nieśmiano łajać mnicha; a po takiéj probie +Nikt też niemiał ochoty zaczynać z nim zwadę, +Zaś kwestarz Robak skoro uciszył gromadę, +Widać było że wcale triumfu nieszukał, +Ani groził kłótnikom więcéj, ani fukał; +Tylko poprawił kaptur, i ręce za pasem +Zatknąwszy, wyszedł cicho s pokoju. + + Tym czasem +Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony +Plac zajęli. Pan Wojski jakby przebudzony +Z głębokiego dumania, na środek wystąpił, +Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą, +I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą, +Tam uciszając machał swą placką ze skóry; +Wreszcie podniosłszy trzonek s powagą do góry, +Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie. + +Uciszcie się! powtarzał, miejcie też baczenie, +Wy co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie, +Z gorszącéj kłótni waszéj co będzie? czy wiecie? +Oto młodzież na któréj Ojczyzny nadzieje, +Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje, +Która niestety, i tak zaniedbuje łowy, +Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy! +Widząc, że ci co innym mają dać przykłady, +Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady. +Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych; +Bo znałem większych dawniéj niźli wy myśliwych, +A sądziłem ich nieraz sądem polubownym. +Któż był w lasach Litewskich Rejtanowi równym? +Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się ze źwierzem, +Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym? +Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota, +Co kulą s pistoletu w biegu trafiał kota? +Terajewicza znałem, co idąc na dziki +Niebrał nigdy innego oręża prócz piki! +Budrewicza co chodził z niedźwiedziem w zapasy: +Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy! +Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili? +Oto obrali sędziów, i zakład stawili. +Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka, +Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka! +I wy Panowie pójdźcie za starych przykładem, +I rostrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem. +Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca +Szkoda ust dłużéj suszyć kłótnią o zająca; +Więc polubownych sędziów najpierwéj obierzcie, +A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie. +Ja uproszę Sędziego, ażeby niebronił +Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił; +I tuszę że tę łaskę otrzymam od Pana: +To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana. + +«Konia, zawołał Rejent, stawię konia z rzędem, +I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem, +Iż ten pierścień Sędziemu w salarium złożę.» +-- «Ja, rzekł Assessor, stawię me złote obroże, +Jaszczurem wykładane s kółkami ze złota, +I smycz tkany jedwabny, którego robota +Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci. +Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci, +Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował +Książe Dominik, kiedym z nim razem polował +I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem +Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem. +Tam bezprzykładną w dziejach polowania sztuką, +Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką. +Polowaliśmy wtenczas na Kupiskiém błoniu; +Książe Radziwił niemógł dosiedzieć na koniu; +Ssiadł, i objąwszy sławną mą charcicę kanię, +Trzykroć jéj w samą głowę dał pocałowanie, +A potém trzykroć ręką klasnąwszy po pysku, +Rzekł, mianuję cię odtąd Księżną na Kupisku: -- +Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa, +Od miejsc na których wielkie odnieśli zwycięstwa. + + Telimena znudzona zbyt długiemi swary, +Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary, +Wzięła koszyczek s kołka: «Panowie jak widzę, +Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze; +Kto łaska, proszę za mną»: rzekła -- koło głowy +Obwijając czerwony szal kaszemirowy; +Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedna rękę, +A drugą podchyliła do kostek sukienkę; +Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył. + +Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył, +Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu, +A więc krzyknął: Panowie, po grzyby do boru! +Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie, +Ten obok najpiękniejszéj Panienki usiędzie; +Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama, +Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama. + + + + +KSIĘGA TRZECIA. + + + + +UMIZGI. + + +TREŚĆ. + + Wyprawa Hrabi na sad -- Tajemnicza nimfa gęsi pasie -- Podobieństwo + grzybo-brania do przechadzki cieniów elizeyskich -- Gatunki + grzybów -- Telimena w świątyni dumania -- Narady tyczące się + postanowienia Tadeusza -- Hrabia pejzażysta -- Tadeusza uwagi + malarskie nad drzewami i obłokami -- Hrabiego myśli o + sztuce -- Dzwon -- Bilecik -- Niedźwiedź Mospanie! + + + +Hrabia wracał do siebie lecz konia wstrzymywał, +Głową coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał; +I raz mu się zdawało, że znowu z okienka +Błysnęła tajemnicza, bieluchna sukienka, +I coś lekkiego znowu upadło z wysoka, +I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka, +Pomiędzy zielonemi świeciło ogórki: +Jako promień słoneczny wykradłszy się s chmurki, +Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę, +Lub śród zielonéj łąki w drobną wody szybę. + +Hrabia ssiadł s konia, sługi odprawił do domu, +A sam ku ogrodowi ruszył pokryjomu; +Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory, +I wcisnął się pocichu, jak wilk do obory; +Nieszczęściem trącił krzaki suchego agrestu. +Ogrodniczka jak gdyby zlękła się szelestu, +Oglądała się wkoło, lecz nic niespostrzegła; +Przecież ku drugiéj stronie ogrodu pobiegła. +A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie, +Między liście łopuchu, na rękach, po trawie, +Skacząc jak żaba, cichu, przyczołgał się blisko, +Wytknął głowę, i ujrzał cudne widowisko. + +W téj części sadu, rosły tu i ówdzie wiśnie, +Sród nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie: +Pszenica, kukuruza, bob, jęczmień wąsaty, +Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty. +Domowemu to ptastwu, taki ochmistrzyni +Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni, +Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi -- +czówna; jéj wynalazek epokę stanowi +W domowém gospodarstwie; dziś powszechnie znany, +Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany, +Przyjęty pod sekretem od niewielu osób, +Nim go wydal kalendarz, pod tytułem! _Sposób +Na jastrzębie i kanie, albo nowy środek +Wychowywania drobiu_ -- był to ów ogródek. + +Jakoż zaledwie kogut co odprawia warty +Stanie, i nieruchomie dzierżąc dziob zadarty, +I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem, +Aby tém łacniéj w niebo mógł celować okiem, +Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury; +Krzyknie: zaraz w ten ogród chowają się kury, +Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu +Gołębie gdy niemogą schronić się na dachu. + +Teraz w niebie żadnego niewidziano wroga, +Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga, +Od niéj ptaki w zbożowym ukryły się lasku; +Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku. + +Sród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe, +Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe; +Szyje nagie do ramion, a pomiędzy niemi +Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższemi; +Tuż za dziećmi paw siedział, i piór swych obręcze +Szeroko rosprzestrzenił w różnofarbną tęczę, +Na któréj główki białe jak na tle obrasku, +Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku, +Obrysowane w koła kręgiem pawich oczu +Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu +Pomiędzy kukuruzy złocistemi laski, +I angielska trawicą posrebrzaną w paski, +I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem, +Których kształty i barwy mieszały się razem, +Niby krata ze srebra i złota pleciona +A powiewna od wiatru jak lekka zasłona. + +Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów +Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów, +Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka +Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste juk szkiełka, +Gdy w powietrzu zawisną zaledwo widome, +I chociaż brzęczą, myślisz że są nieruchome. + +Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku +Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku, +Nią zdała się oganiać główki niemowlęce +Od złotego motylów deszczu -- w drugiéj ręce +Coś u niej rogatego, złocistego świeci, +Zdaje się że naczynie do karmienia dzieci: +Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei, +Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei. + +Tak zatrudniona, przecież obracała głowę +Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe, +Niewiedząc, że napastnik już s przeciwnéj strony +Zbliżył się czołgając jak wąż przez zagony; +Aż wyskoczył z łopucha, spóyrzała, -- stał blisko, +O cztery grzędy od niéj i kłaniał się nisko. +Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona, +I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona, +I już lekkie jéj stopy wionęły nad liściem, +Kiedy dzieci przelękłe podróżnego wniściem +I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie; +Posłyszała, uczuła że jest nierostropnie +Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić: +Wracała wstrzymując się, lecz musiała wrócić, +Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem; +Przybiegła z najkrzykliwszém bawić się dziecięciem, +Siadła przy niém na ziemi, wzięła je na łono, +Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną; +Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta +Jéj kolana i tuląc główki jak pisklęta +Pod skrzydło matki. Ona rzekła: czy to pięknie +Tak krzyczeć? czy to grzecznie? ten Pan was się zlęknie, +Ten Pan nieprzyszedł straszyć, to nie dziad szkaradny, +To gość, dobry Pan, patrzcie tylko jaki ładny. + +Sama spójrzała: Hrabia uśmiechnął się mile, +I widocznie był wdzięczen jéj za pochwał tyle; +Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła, +I jako róży pączek cała się spłoniła. + +W istocie był to piękny Pan; słusznej urody, +Twarz miał pociągłą, blade lecz świeże jagody, +Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy; +Na włosach, listki ziela i kosmyki trawy, +Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony. +Zieleniły się jako wieniec rospleciony. + +«O ty, rzekł, jakiémkolwiek uczczę cię imieniem, +Bóstwem jesteś czy Nimfą, duchem czy widzeniem! +Mów! własnali cię wola na ziemię sprowadza, +Obcali więzi ciebie na padole władza? +Ach domyślam się -- pewnie wzgardzony miłośnik +Jaki Pan możny, albo opiekun zazdrośnik, +W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże! +Godna by o cię bronią walczyli rycerze. +Byś została romansów heroiną smutnych! +Odkryj mi Piękna tajnie twych losów okrutnych! +Znajdziesz wybawiciela -- odtąd twém skinieniem, +Jak rządzisz sercem mojém, tak rządź mém ramieniem. +Wyciągnął ramie -- + + Ona z rumieńcem dziewiczym +Ale z rozweseloném słuchała obliczém: +Jak dziecie lubi widzieć obraski jaskrawe +I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę, +Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jéj piśsci +Z dźwięcznemi słowy, których niepojęła treści. +"Nakoniec zapytała: skąd tu Pan przychodzi? +I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj? + +Hrabia oczy ronstworzył, zmieszany, zdziwiony, +Milczał; wreszcie zniżając swéj rozmowy tony, +Przepraszam, rzekł, Panienko! widzę żem pomieszał +Zabawy! ach przepraszam, jam właśnie pośpieszał +Na śniadanie; już późno, chciałem na czas zdążyć, +Panienka wié że drogą trzeba w koło krążyć, +Przez ogród zdaje mi się jest do dworu prościej. +Dziewczyna rzekła: tędy droga Jegomości; +Tylko grząd psuć nietrzeba; tam między murawą +Scieszka -- W lewo, zapytał Hrabia, czy na prawo? +Ogrodniczka podniósłszy błękitne oczęta, +Zdawała się go badać ciekawością zdjęta: +Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni, +A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj +Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu +Rozmowy-Panna mieszka tu? blisko ogrodu? +Czy na wsi? jak to było, żem Panny we dworze +Niewidział? czy niedawno tu? przyjezdna może? +Dziewczę wstrząsnęło głową; -- Przepraszam Panienko, +Czy nie tam pokój Panny, gdzie owe okienko? + +Myślił zaś w duchu, jeśli niejest Heroiną +Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną, +Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryła +W samotności, jak róża śród lasów roskwita; +Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem +Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem! + +Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu, +Podniosła jedno dziécie źwisłe na ramieniu, +Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem +Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem. + +Odwróciwszy się rzekła -- czy też Pan niemoże +Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże? +-- Ja ptastwo pędzać? krzyknął Hrabia z zadziwieniem; +Ona tymczasem znikła zakryta drzew cieniem. +Chwilę jeszcze s szpaleru przez majowe zwoje +Przeświecało coś na wskróś jakby oczu dwoje. + +Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie: +Dusza jego jak ziemia po słońca zachodzie, +Ostygała powoli, barwy brała ciemne: +Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne. +Zbudził się, sam niewiedząc, na kogo się gniewał; +Niestety mało znalazł! nadto się spodziewał! +Bo gdy zagonem pełznął ku owéj pasterce, +Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce; +Tyle wdzięków w tajemnéj nimfie upatrywał, +W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał! +Wszystko znalazł inaczéj: prawda że twarz ładną, +Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną! +A owa pulchność liców i rumieńca żywość +Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość! +Znak że myśl jeszcze drzémie, że serce nieczynne +I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne! +Pocóż się łudzić, krzyknął, zgaduję, po czasie! +Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie! + + Z Nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze +Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze +Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma? + +Hrabia z załamanemi poglądał rękoma +Na snopek uwiązanej trawami mietlicy, +Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy. +Niezapomnial naczynia: złocista konewka, +Ow rożek Amaltei, była to marchewka! +Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie: +Więc było po uroku! po czarach! po dziwie! + +Tak chłopiec kiedy ujrzy cykoryi kwiaty +Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty, +Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i s podmuchem +Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem, +A w ręku widzi tylku badacz zbyt ciekawy +Nagą łodygę szarozielonawéj trawy. + +Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał +Tamtędy kędy przyszedł, ale drogę skracał, +Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście, +Aż przeskoczywszy parkan odetchnął nareście! +Przypomniał że dziewczynie mówił o śniadaniu; +Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu +W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą? +Postrzegli że uciekał? kto wié co pomyślą? +Więc wypadało wrócić. Chyląc się u płotów +Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów +Rad był przecież że wyszedł w końcu na gościniec, +Który prosto prowadził na dworski dziedziniec. +Szedł przy płocie a głowę odwracał od sadu +Jak złodziej od spichlerza, aby niedać śladu +Że go myśli nawiedzić, albo już nawiedził. +Tak Hrabia był ostróżny choć go nikt nieśledził; +Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo. + +Był gaj zrzadka zarosły, wysłany murawą, +Po jéj kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych, +Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych, +Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy, +Niby tańce, i dziwny ubiór: istne duchy +Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych, +Ci w długich, rospuszczonych szatach, jak śnieg jasnych; +Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim, +Ten z gołą głową; inni jak gdyby obłokiem +Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony +Ciągnące się za głową, jak komet ogony. +Każdy w innéj postawie: ten przyrosł do ziemi, +Tylko oczyma kręci nu dół spuszczonemi, +Ów patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy +Jak po linie, ni wprawo, ni w lewo niezboczy; +Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony +Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony. +Jeżeli się przybliżą albo się spotkają, +Ani mówią do siebie, ani się witają, +Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni. +Hrabia widział w nich obraz Elizejskich cieni. +Które chociaż boleściom, troskom niedostępne, +Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne. + +Któżby zgadnął że owi, tak mało ruchomi, +Owi milczący ludzie, są nasi znajomi? +Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania +Wyszli na uroczysty obrzęd grzybo-brania: +Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować +Mowy i ruchy swoje, aby je stosować +W każdéj okoliczności do miejsca i czasu. +Dla tego, nim ruszyli za Sędzią do lasu, +Wzięli postawy, tudzież obiory odmienne, +Służące do przechadzki opończe płócienne +Któremi osłaniają po wierzchu kontusze, +A na głowy słomianne wdziali kapelusze, +Stąd biali wyglądają, jak czyscowe dusze. +Młodzież także przebrana, oprócz Telimeny +I kilku po francusku chodzących. + + Téj sceny +Hrabia niepojął, nieznał wiejskiego zwyczaju, +Więc zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju. + +Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice, +Tyle w pieśniach litewskich sławione _lisice_, +Co są godłem panieństwa: bo czerw ich niezjada +I dziwna, żaden owad na nich nieusiada. +Panienki za wysmukłym gonią _borowikiem_ +Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem. +Wszyscy dybią na _rydza_; ten wzrostem skromniejszy +I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy, +Czy świeży, czy solony, czy jesiennéj pory, +Czy zimą. Ale Wojski zbierał _muchomory_. + +Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku +Dla szkodliwości albo niedobrego smaku, +Lecz niesą bez użytku, one zwierza pasą. +I gniazdem są owadów i gajów okrasą. +Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi +Naczyń stołowych sterczą: tu s krągłemi brzegi +_Surojadki_ srebrzyste, żółte i czerwone, +Niby czareczki rożném winem napełnione; +_Koźlak_ jak przewrócone kubka dno wypukłe, +_Lejaki_ jako szampańskie kieliszki wysmukłe, +_Bielaki_ krągłe, białe, szerokie i płaskie, +Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie, +I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona +_Purchawka_, jak pieprzniczka -- zaś innych imiona +Znane tylko w zajęczym, lub wilczym języku, +Od ludzi nieochrzczone; a jest ich bez liku. +Ni wilczych ni zajęczych nikt dotknąć nieraczy, +A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy, +Zagniewany, grzyb złamie, albo nogą kopnie; +Tak szpecąc trawię, czyni bardzo nierostropnie. + +Telimena ni wilczych, ni ludzkich niezbiera, +Rostargniona, znudzona, do koła spoziera, +Z głową w górę zadartą. Więc Pan Rejent w gniewie +Mówił o niéj, że grzybów szukała na drzewie; +Assessor ją złośliwiej, równał do samicy, +Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy. + +Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy, +Oddalała się zwolna od swych towarzyszy, +I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły, +Ocieniony, bo drzewa gęściéj na nim rosły. +Wśrodku szarzał się kamień; strumień s pod kamienia +Szumiał, tryskał, i zaraz, jakby szukał cienia +Chował się między gęste i wysokie zioła, +Które wodą pojone bujały do koła; +Tam ów bystry swawolnik spowijany w trawy +I liściem podesłany, bez rucha, bez wrzawy, +Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce, +Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce, +Gdy matka nad niém zwiąże firanki majowe +I liścia makowego nasypie pod głowę: +Miejsce piękne i ciche, tu się często schrania +Telimena, zowiąc je _Świątynią dumania_. + +Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik +Z ramion, swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik, +I podobna pływaczce, która do kąpieli +Zimnéj schyla się, nim się zanurzyć ośmieli, +Klęknęła i powoli chyliła się bokiem; +Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem, +Upadła nań i cała wzdłuż się rospostarła, +Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła, +Z głową na dół skłoniona; na dole o głowy, +Błysnął francuskiéj książki papier welinowy; +Nad alabastrowemi stronicami księgi, +Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi. + +W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu, +W sukni długiéj, jak gdyby w powłoce koralu, +Od któréj odbijał się włos z jednego końca, +Z drugiego czarny trzewik; po bokach błyszcząca +Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica, +Wydawała się zdała jak pstra gąsienica, +Gdy wpełźnie na zielony liść klonu. + + Niestety! +Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety, +Darmo czekały znawców, nikt niezważał na nie, +Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie +Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem, +I nieśmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem: +Jak strzelec gdy w ruchoméj, gałęzistéj szopie, +Usiadłszy na dwóch kołach, podjeżdża na dropie, +Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje, +Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję, +Niby to bronę włóczy, niby idzie miedzą, +A coraz się przybliża kędy ptaki siedzą; +Tak skradał się Tadeusz. + + Sędzia czaty zmieszał +I przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał. +Z wiatrem igrały białe poły szarafana, +I wielka chustka w pasie końcem uwiązana; +Słomiany, podwiązany kapelusz, od ruchu +Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu, +Spadając to na barki, to znowu na oczy; +W ręku ogromna laska: tak Pan Sędzia kroczy. +Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu, +Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu, +I wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową +Trzciny ogromnéj, s taką ozwał się przemową. + +Widzi Aśćka od czasu jak tu u nas gości +Tadeuszek, niemało mam niespokojności; +Jestem bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna, +Wszakto moja na świecie pocięcha jedyna, +Przyszły dziedzic fortunki mojéj. Z łaski nieba +Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba; +Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie: +Ale zważajno Aśćka moje utrapienie! +Wiesz że Pan Jacek brat mój, Tadeusza ociec +Dziwny człowiek, zamiarów jego trudno dociec, +Niechce wracać do kraju, Bóg wié gdzie się kryje, +Nawet niechęć synowi oznajmić że żyje, +A ciągle nim zarządza. Naprzód w legiony +Chciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony. +Potem zgodził się przecie by w domu pozostał +I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał; +Partyę upatrzyłem; nikt z obywateli +Niewyrówna z imienia ani z parenteli +Podkomorzemu; jego starsza córka Anna +Jest na wydaniu, piękna i posażna Panna. +Chciałem zagaić. -- Na to Telimena zbladła, +Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła. + +Jak Mamę kocham, rzekła, czy to Panie bracie +Jest w tém sens jaki, czy wy Boga w sercu macie? +To myślisz Tadeusza zostać Dobrodziejem, +Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem! +Świat mu zawiążesz! wierz mi, kląć was kiedyś będzie! +Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie! +Wierz mi, ile poznałam, pojętne to dziecie, +Warto, żeby na wielkim przetarło się świecie; +Dobrze brat zrobi gdy go do stolicy wyśle; +Naprzykład do Warszawy? lub wié brat co myślę, +Żeby do Peterburka? Ja pewnie téj zimy +Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy +Co zrobić s Tadeuszem; znam tam wiele osób, +Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposób. +Za mą pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy, +A kiedy będzie ważnym osobom znajomy, +Dostanie urząd, order; wtenczas niech porzuci +Służbę, jeżeli zechce, niech do domu wróci, +Mając już i znaczenie i znajomość świata. +I cóż brat myśli o tem? -- Jużci w młode lala, +Rzekł Sędzia, nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć, +Obejrzeć się na świecie, między ludźmi przetrzéć; +Ja za młodu niemało świata objechałem, +Byłem w Piotrkowie, w Dobnie, to za trybunałem +Jadąc jako palestrant, to własne swe sprawy +Forytując, jeździłem nawet do Warszawy. +Człek niemało skorzystał! chciałbym i synowca +Wysłać pomiędzy ludzie, prosto jak wędrowca, +Jak czeladnika który terminuje lata +Ażeby nabył trochę znajomości świata. +Nie dla rang, ni orderów! proszę uniżenie, +Ranga moskiewska, order, cóż to za znaczenie? +Któryż to z dawnych Panów, ba nawet dzisiejszych, +Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych, +Dba o podobne fraszki; przecież są w estymie +U ludzi, bo szanujem w nich ród, dobre imie, +Albo urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem +Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem. -- + +Telimena przerwała: «Jeśli brat tak myśli, +Tém lepiej, więc go jako wojażom wyślij.» + +Widzi siostra, rzekł Sędzia, skrobiąc smutnie głoę, +Chciałbym bardzo, cóż kiedy mam trudności nowe! +Pan Jacek niewypuszcza z opieki swéj syna, +I przysłał mi tu właśnie na kark Bernardyna +Robaka, który przybył s tamtéj strony Wisły, +Przyjaciel brata, wszystkie wié jego zamysły; +A wiec o Tadeusza już wyrzekli losie, +I chcą by się ożenił, aby pojął Zosię, +Wychowankę Wać Pani; oboje dostaną, +Oprócz fortunki mojéj, z łaski Jacka wiano +W kapitałach; wiesz Aśćka że ma kapitały +I z łaski jego mam też fundusz prawie cały, +Ma więc prawo rozrządzać -- Aśćka pomyśl o tém +Żeby się to zrobiło najmniejszym kłopotem; +Trzeba ich s sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi, +Szczególnie Zosia mała, leci to nic nieszkodzi; +Czasby już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia, +Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia. + +Telimena zdziwiona i prawie wylękła, +Podnosiła się coraz, na szalu uklękła, +Zrazu słuchała pilnie, potém dłoni ruchem +Przeczyła, ręką żwawo wstrząsając nad uchem, +Odpędzając jak owad nieprzyjemne słowu +Na powrót w usta mówcy -- + + «A! A! to rzecz nowa! +Czy to Tadeuszowi szkodzi czy nieszkodzi, +Rzekła z gniewem, sądź o tém sam W Pan Dobrodziéj, +Mnie nic do Tadeusza, sami o nim radźcie, +Zróbcie go ekonomem, lub w karczmie posadźcie, +Niech szynkuje lub z lasu niech zwierzynę znosi: +Z nim sobie co zechcecie zróbcie; lecz do Zosi? +Co Wać Państwu do Zosi? ja jéj ręką rządzę, +Ja sama. Że Pan Jacek dawał był pieniądze +Na wychowanie Zosi i że jéj wyznaczył +Małą pensyjkę roczną, więcéj przyrzec raczył; +Toć jej jeszcze niekupił. Z resztą Państwo wiecie, +I dotąd jeszcze o tém wiadomo na świecie, +Że hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu, +Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu.» +(Téj części mowy Sędzia słuchał z niepojętém +Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem; +Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił, +I ręką potakując, mocno się zapłonił.) + +Telimena kończyła: byłam jéj piastunką, +Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką. +Nikt oprócz mnie niebędzie myślił o jéj szczęściu -- +A jeśli ona szczęście znajdzie w tém zamęściu? +Rzekł Sędzia, wzrok podnosząc; jeśli Tadeuszka +Podoba? -- Czy podoba? to na wierzbie gruszka; +Podoba, niepodoba, a to mi rzecz ważna! +Zosia niebędzie, prawda, partya posażna, +Ale też niejest z lada wsi, lada szlachcianka, +Idzie z Jaśnie Wielmożnych, jest Wojewodzianka, +Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie! +Staraliśmy się tyle o jéj wychowanie! +Chybaby tu zdziczała -- Sędzia pilnie słuchał +Patrząc w oczy; zdało się że się udobruchał, +Bo rzekł dosyć wesoło: no to i cóż robić, +Bóg widzi, szczérze chciałem interessu dobić; +Tylko bez gniewu, jeśli Aśćka się niezgodzi, +Aśćka ma prawo; smutno -- gniewać się nie godzi; +Radziłem bo brat kazał, nikt tu nieprzymusza; +Gdy Aśćka rekuzuje Pana Tadeusza, +Odpisuję Jackowi że nie z mojéj winy, +Niedojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny. +Teraz sam będę radzić; pono s Podkomorzym +Zagaimy swatostwo i resztę ułożym. + +Przez ten czas Telimena ostygła z zapału: +«Ja nie nierekuzuję, braciszku, pomału! +Sam mówiłeś że jeszcze za wcześnie -- zbyt młodzi -- +Rospatrzmy się, czekajmy, nic to niezaszkodzi, +Poznajmy s sobą Państwa młodych; będziem zważać, +Niemożna szczęścia drugich tak na traf narażać: +Ostrzegam tylko wcześnie, niech brat Tadeusza +Nienamawia, kochać się w Zosi nieprzymusza, +Bo serce niejest sługa, niezna co to pany, +I nieda się przemocą okuwać w kajdany. -- + +Zaczém Sędzia powstawszy odszedł zamyślony; +Pan Tadeusz s przeciwnéj przybliżył się strony. +Udając że szukanie grzybów tam go zwabia; +W tymże kierunku zwolna posuwa się Hrabia. + +Hrabia podczas Sędziego sporów s Telimeną +Stał za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną; +Dobył s kieszeni papier i ołówek, sprzęty +Które zawsze miał s sobą, i na pień wygięły +Rospiąwszy kartkę, widać że obraz malował, +Mówiąc sam s sobą: Jakbyś umyślnie grupował, +Ten na głazie, ta w trawie, grupa malownicza! +Głowy charakterowe! s kontrastem oblicza! + +Podchodził, wstrzymywał się, lornetkę przecierał, +Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał -- +Miałożby to cudowne, śliczne widowisko +Zginąć albo zmienić się gdy podejdę blisko? +Ten aksamit traw, będzież to mak i botwinie? +W Nimfie téj czyż obaczę jaką ochmistrzynię? + + Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał +W domu Sędziego, w którym dosyć często bywał, +Lecz mało ją uważał; zadziwił się z razu, +Rozeznając w niéj model swojego obrazu. +Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania, +Zmieniły ją, zaledwo była do poznania. +W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy; +Twarz ożywiona wiatru świeżemi powiewy, +Sporem s Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców, +Nabrała mocnych, żywszych niż zwykłe rumieńców. + +Pani, rzekł Hrabia, racz méj śmiałości darować, +Przychodzę i przepraszać i razem dziękować. +Przepraszać, że jéj kroków śledziłem ukradkiem; +I dziękować, że byłem jéj dumania świadkiem; +Tyle ją obraziłem! winienem jéj tyle! +Przerwałem chwilę dumań: winienem ci chwile +Natchnienia! chwile błogie! potępiaj człowieka, +Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka! +Na wielem się odważył, na więcéj odważę! +Sądź! tu ukląkł i podał swoje peizaże. + + Telimena sądziła malowania próby +Tonem grzecznéj lecz sztukę znającéj osoby; +Skąpa w pochwały lecz nieszczędziła zachętu, +Brawo, rzekła, winszuję, niemało talentu. +Tylko Pan niezaniedbuj; szczególniéj potrzeba +Szukać pięknéj natury! O szczęśliwe nieba +Krajów włoskich! różowe Cezarów ogrody! +Wy klassyczne Tyburu spadające wody! +I straszne Pauzylipu skaliste wydroże! +To Hrabio kraj malarzów! u nas żal się Boże. +Dziecko muz w Soplicowie oddane na mamki +Umrze pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki, +Albo w Album umieszczę do rysunków zbiorku, +Które zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biorku. + +Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach, +Morskich szumach, i wiatrach wonnych, i skał sczytach, +Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem, +Śmiéch i urąganie się nad oyczystym krajem. + +A przecież w około nich ciągnęły się lasy +Litewskie! tak poważne, i tak pełne krasy! -- +Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem, +Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem, +Leszczyna jak menada z zielonemi berły, +Ubranemi jak w grona, w orzechowe perły; +A niżéj dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin, +Ożyna czarne usta tuląca do malin. +Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce, +Jak do tańca stojące panny i młodzieńce, +W koło pary małżonków. Stoi pośród grona +Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona +Wysmukłością kibici i barwy powabem, +Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem, +A daléj jakby starce na dzieci i wnuki +Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki, +Tam matrony topole, i mechami brodaty +Dąb włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty, +Wspiera się jak na grobów połamanych słupach, +Na dębów, przodków swoich skamieniałych trupach. + +Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału +Długą rozmową, w któréj niemogł brać udziału; +Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje, +I wyliczać s kolei wszystkich drzew rodzaje: +Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały, +Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały, +Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi, +Wysławiające ich kształty, kwiaty i łodygi, +Tadeusz nieprzestawał dąsać się i zżymać, +Nakoniec niemógł dłużéj od gniewu wytrzymać. + +Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia, +I patrząc w las ojczysty, rzekł pełen natchnienia: +«Widziałem w botanicznym Wileńskim ogrodzie, +Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie +I na południu, w owéj pięknéj Włoskiej ziemi; +Któreż równać się może z drzewami naszemi? +Czy aloes z długiemi jak konduktor pałki? +Czy cytryna karlica z złocistemi gałki? +Z liściem lakierowanym krótka i pękata, +Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata? +Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy! +Co zdaje się być drzewem nie smutku lecz nudy; +Mówią że bardzo smutnie wygląda na grobie, +Jest to jak lokaj niemiec we dworskiéj żałobie, +Nieśmiejący rąk podnieść, ani głowy skrzywić, +Aby się etykiecie niczém niesprzeciwić. + +Czyż nie piękniejsza nasza, poczciwa brzezina, +Która, jako wieśniaczka kiedy płacze syna +Lub wdowa męża, ręce załamie, rostoczy +Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy! +Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha! +Czemuż Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha, +Niemaluje drzew naszych pośród których siedzi? +Prawdziwie, będą s Pana żartować sąsiedzi, +Ze mieszkając na żyznéj Litewskiéj równinie, +Malujesz tylko jakieś skały i pustynie. + +Przyjacielu, rzekł Hrabia! piękne przyrodzenie +Jest formą, tłem, materyą, a duszą natchnienie +Które na wyobraźni unosi się skrzydłach, +Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach. +Niedość jest przyrodzenia, niedosyć zapału, +Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału! +Niewszystko co jest piękne wymalować da się! +Dowiesz się o tém wszysykiem s książek w swoim czasie. +Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba +Punktów widzenia, grupy, ansemblu i nieba, +Nieba włoskiego! stąd też w kunszcie peizażów, +Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów. +Stąd też oprócz Brejgela, lecz nie Van der Helle +Ale pejzażysty (bo są dwaj Brejgele) +J oprócz Ruisdalla, na całéj północy +Gdzież był pejzażysta który pierwszéj mocy? +Niebios, niebios potrzeba. -- Nasz malarz Orłowski, +Przerwała Telimena, miał gust Soplicowski. +(Trzeba wiedzieć że to jest Sopliców choroba, +Ze im oprócz Ojczyzny nic się niepodoba) +Orłowski który życie strawił w Peterburku, +Sławny malarz, (mam jego kilka szkiców w biórku) +Mieszkał tuż przy Cesarzu, na dworze, jak w raju, +A nieuwierzy Hrabia jak tęsknił po kraju, +Lubił ciągle wspominać swéj młodości czasy, +Wystawiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy... + +I miał rozum, zawołał Tadeusz z zapałem: +Te państwa niebo Włoskie, jak o niém słyszałem, +Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda; +Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda? +U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków! +Ileż scen i obrazów s saméj gry obłoków! +Bo każda chmura inna: na przykład jesienna +Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna, +I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi +Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi. +Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci +Krągła, ciemno-błękitna, w środku żółto świeci, +Szum wielki słychać w koło: nawet te codzienne, +Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne! +Z razu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi, +A s tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi: +Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy! +Dostają krzywych karków, rospuszczają grzywy, +Wysuwają nóg rzędy, i po niebios sklepie +Przelatują jak tabun rumaków po stepie: +Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się -- nagle +Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle, +Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie +Cicho, zwolna, po niebios błękitnéj równinie! + + Hrabia i Telimena poglądali w górę; +Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę, +A drugą ścisnął zlekka rączkę Telimeny; +Kilka już upłynęło minut cichéj sceny; +Hrabia rozłożył papier na swym kapieluszu, +I wydobył ołówek: wtem przykry dla uszu +Odezwał się dzwon dworski, i zaraz śród lasu +Głuchego, pełno było krzyku i hałasu. + +Hrabia kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem: +Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem. +Rachunki myśli wielkiéj, plany wyobraźni, +Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni, +Wylania się serc czułych! gdy śpiż zdala ryknie, +Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie! +Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie, +«Cóż zostaje?» a ona mu rzekła: «wspomnienie» +I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek, +Podała mu urwany kwiatek niezabudek. +Hrabia go ucałował i na pierś przyśpilał, +Tadeusz z drugiej strony krzak ziela roschylał, +Widząc że się ku niemu tém zielem przewija +Coś białego, była to rączka jak lilija: +Pochwycił ją, całował, i usty po cichu +Utonął w niéj jak pszczoła w lilii kielichu; +Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały +Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały; +Porwał, schował w kieszenie, niewié co klucz znaczy, +Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy. + +Dzwon wciąż dzwonił, i echem i głębi cichych lasów +Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów; +Odgłos to był szukania i nawoływania, +Hasło zakończonego na dziś grzybo-brania, +Odgłos nie smutny wcale, ani pogrzebowy +Jak się Hrabiemu zdało, owszem obiadowy. +Dzwon ten w każde południe krzyczący s poddasza, +Gości i czeladź domu na obiad zaprasza: +Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju, +I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju +Wychodziła gromada niosąca krobeczki, +Koszyki, uwiązane końcami chusteczki, +Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły +Jako wachlarz zwiniony, _borowik_ rozrosły, +W drugim związane razem, jakby polne kwiatki +_Opieńki_, i rozlicznéj barwy _Surojadki_. +Wojski miał muchomora. S próżnemi przychodzi +Rękami Telimena, z nią Panicze młodzi. + +Goście weszli w porządku i stanęli kołem: +Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem, +Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, +Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży. +Obok stał kwestarz; Sędzia tuż przy bernardynie. +Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, +Podano w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli, +I chołodziec litewski, milczkiem, żwawo jedli. + +Obiadowano ciszéj niż się zwykle zdarza, +Nikt niegadał pomimo wezwań gospodarza. +Strony biorące udział w wielkiéj o psów zwadzie +Myśliły o jutrzejszéj walce i zakładzie; +Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza. +Telimena mówiąca wciąż do Tadeusza, +Musiała ku Hrabiemu nieraz się się odwrócić, +Nawet na Assessora nieraz okiem rzucić: +Tak ptasznik patrzy w sidło kędy szczygły zwabia +I razem w pastkę wróblą. Tadeusz i Hrabia +Obadwa radzi s siebie, obadwa szczęśliwi, +Oba pełni nadziei, więc niegadatliwi. +Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie +A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie +Czy ów kluczyk nieuciekł, ręką nawet chwytał +I kręcił kartkę której dotąd nieprzeczytał. +Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana +Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana, +Ale do rozmawiania z nim niemiał ochoty +I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty. + +Przemijały w milczeniu talerze i dania: +Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania +Gość niespodziany, szybko wpadając gajowy; +Niezważał nawet że czas właśnie obiadowy, +Podbiegł do Pana; widać s postawy i z miny +Że ważnéj, i niezwykłéj jest posłem nowiny. +Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie. +On odetchnąwszy nieco, rzekł: Niedźwiedź Mospanie! +Resztę wszyscy odgadli; że zwierz z _matecznika_ +Wyszedł, że w Zaniemieńską puszczę się przemyka, +Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali, +Choć ani się radzili, ani namyślali -- +Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów, +Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych roskazów, +Które wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu +Dążyły przecież wszystkie do jednego celu. + +Na wieś! zawołał Sędzia, hej konno, setnika, +Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika; +Kto wystąpi z osczepem, temu z robocizny +Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny. + +Wskok, krzyknął Podkomorzy, okulbaczyć siwą, +Dobiedz w cwał do mojego dwom; wziąć co żywo +Dwie pijawki, które w całej okolicy słyną, +Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną; +Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu +J przystawić ie tutaj konno dla pośpiechu. +«Wańka! krzyknął na chłopca Assessor po rusku, +Tasak mój Sanguszkówski pociągnąć na brusku: +Wiesz, tasak co od Księcia miałem w podarunki; +Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku. +«Strzelby, krzyknęli wszyscy, mieć na pogotowiu. +Assessor wołał ciągle ołowiu, ołowiu! +Formę do kul nam w torbie. -- Do Księdza Plebana +Dać znać, dodał Pan Sędzia, żeby jutro zrana +Mszę miał w kaplicy leśnéj; króciuchna offerta +Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta. + +Po wydanych roskazach nastało milczenie; +Każdy dumał i rzucał do koła wejrzenie, +Jak gdyby kogoś szukał; zwolna wszystkich oczy +Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy: +Znak to był że szukają na przyszłą wyprawę +Wodza, i że Wojskiemu oddają buławę. +Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę, +I uderzywszy ręką poważnie po stole, +Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka, +Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka. +Jutro rzekł, pół do piątéj, przy leśnéj kaplicy +Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy. + + Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy; +Oni obmyślić mają i urządzić łowy. + +Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą, +Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą, +Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu; +A wodze śród cichego dumają namiotu. + +Przerwał się obiad, dzień sszedł na kowaniu koni, +Karmieniu psów, zbieraniu i czyszczeniu broni, +U wieczerzy zaledwo kto przysiadł do stoła; +Nawet strona Kusego s partyą Sokoła, +Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem: +Pobrawszy się pod ręce Rejent z Assessorem +Wyszukują ołowiu. Reszta spracowana +Szła spać wcześnie, żeby przebudzić się z rana. + + + + +KSIĘGA CZWARTA. + + + + +DYPLOMATYKA I ŁOWY + + +TREŚĆ. + + Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza -- Zapóźne postrzeżenie + omyłki -- Karczma -- Emissaryuz -- Zręczne użycie tabakiery zwraca + dyskusye na właściwą drogę -- Matecznik -- Niedźwiedź -- + Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego -- Trzy strzały -- Spor + Sagalasówki s Sangunkówką rosstrzygniony na stronę jednorórki + Horeszkowskiéj -- Bigos -- Wojskiego powieść o pojedynku Dowejki z + Domejką, przerwana szczuciem kota -- Koniec powieści o Dowejce i + Domejce. + + + +Rowienniki Litewskich wielkich kniaziów, drzewa +Białowieży, Switezi, Ponar, Kuszelewa! +Których cień spadał niegdyś na koronne głowy +Groźnego Witenesa, Wielkiego Mindowy, +I Giedymina, kiedy na Ponarskiéj górze +Przy ognisku myśliwskiem, na niedźwiedziéj skórze +Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki, +A Wilii widokiem i szumem Wilejki +Ukołysany marzył o wilku żelaznym; +I zbudzony, za bogów roskazem wyraźnym +Zbudował miasto Wilno, które w lasach siedli, +Jak wilk pośrodku żubrów, dzików i niedźwiedzi. +S lego to miasta Wilna, jak z Rzymskiéj wilczycy +Wyszedł Kiejstut i Olgierd i Olgierdowicy, +Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze, +Czyli wroga ścigali, czyli dzikie źwierze. +Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów, +Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów. + +Knieje! do was ostatni przyjeżdżał na łowy +Ostatni król co nosił kołpak Witoldowy, +Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy, +I ostatni na Litwie monarcha myśliwy. +Drzewa moje ojczyste! jeśli niebo zdarzy +Bym wrócił was oglądać przyjaciele starzy, +Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie? +Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecie; +Czy żyje wielki Baublis, w którego ogromie +Wiekami wydrążonym jakby w dobrym domie, +Dwónastu ludzi mogło wieczerzać za stołem? +Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem? +I tam na Ukrainie, czy się dotąd wznosi +Przed Hołowińskich domem, nad brzegami rosi, +Lipa tak rozrośniona, że pod jéj cieniami +Sto młodzieńców, sto panien szło w taniec parami? + +Pomniki nasze! ileż co rok was pożera +Kupiecka, lub rządowa, moskiewska siekiera! +Nie zostawia przytułku, ni leśnym śpiewakom, +Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom. +Wszak lipa Czarnolaska, na głos Jana czuła, +Tyle rymów natchnęła! wszak ów dąb gaduła. +Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa! + +Ja ileż wam winienem o domowe drzewa! +Błahy strzelce uchodząc szyderstw towarzyszy, +Za chybioną źwierzynę, ileż w waszéj ciszy +Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie +Zapomniawszy o łowach usiadłem na kępie, +A koło mnie srebrzył się, tu mech siwobrody, +Zlany granatem czarnéj, zgniecionéj jagody, +A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki, +Strojne w brusznice, jakby w koralów paciorki -- +W około była ciemność; gałęzie u góry +Wisiały jak zielone, gęste, niskie chmury, +Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym, +Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem: +Dziwny, odurzający hałas! mnie się zdało +Że tam nad głową morze wiszące szalało. + +Na dole jak ruiny miast: tu wywrót dębu +Wysterka z ziemi, nakształt ogromnego zrębu, +Na nim oparte jak ścian i kolumn obłamy, +Tam gałęziste kłody, tu wpół zgniłe tramy, +Ogrodzone parkanem traw: w środek tarasu +Zajrzeć straszno, tam siedzą gospodarze lasu, +Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kości +Na pół zgryzione, jakichś nieostrożnych gości. +Czasem wymkną się w górę przez trawy zielenie +Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie, +I mignie między drzewu zwierz żółtawym pasem, +Juk promień kiedy wpadłszy, gaśnie między lasem. + +I znowu cichość w dnie. Dzięcioł na jedlinie, +Stuka z lekka i daléj odlatuje, ginie, +Schował się, ale dziobem nieprzestaje pukać, +Jak dziecko gdy schowane, woła by go szukać. +Bliżéj siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma. +Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma, +Jak pióro nad szyszakiem u kirasyera; +Chociaż tak osłoniona, do koła spoziera, +Dostrzegłszy gościa skacze gajów tanecznica, +Z drzew na drzewa, miga się jako błyskawica; +Nakoniec w niewidzialny otwór pnia przepada, +Jak wracająca w drzewo rodzime Driada. +Znowu cicho. + + W tém gałąź wstrzęsła się trącona, +I pomiędzy jarzębin rozsunione grona, +Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica, +To jagod lub orzechów zbieraczka dziewica; +W krobeczce s prostéj kory, podaje zebrane +Bruśnice świeże, jako jéj usta rumiane; +Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina, +Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna. + +W tém usłyszeli odgłos rogów i psów granie, +Zgadują że się ku nim zbliża polowanie, +J pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi +Zniknęli nagle z oczu, jako leśne bogi. + +W Soplicowie ruch wielki: lecz ni psów hałasy, +Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy, +Ni odgłos trąb dających hasło polowania, +Nie mogły Tadeusza wyciągnąć s posłania; +Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak w norze. +Nikt z młodzieży niemyślił szukać go po dworze, +Każdy sobą zajęty, śpieszył gdzie kazano: +O towarzyszu sennym całkiem zapomniano. + +On chrapał: słońce w otwór, co śród okienicy +Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy +Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło; +On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się w koło +Chroniąc się blasku, nagle usłyszał stuknienie, +Przebudził się; wesołe było przebudzenie. +Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał, +Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał: +Myśląc o wszystkiém co mu wczora się zdarzyło, +Rumienił się, i wzdychał, i serce mu biło. + +Spojrzał w okno, o dziwy! w promieni przezroczu, +W owém sercu, błyszczało dwoje jasnych oczu, +Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenie +Kiedy z jasności dziennéj przedziera się w cienie; +Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz z boku +Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku, +Palce drobne zwrócone na światło różowe, +Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe; +Usta widział ciekawe, rostulone nieco, +I ząbki, co jak perły śród koralów świecą, +I lica, choć od słońca zasłaniane dłonią +Różową, same całe jak róże się płonią. + +Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu +Leżąc nawznak cudnemu dziwił się zjawieniu, +I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy, +Nie wiedział czy to jawa, czyli mu się marzy +Jedna s tych miłych, jasnych twarzyczek dziecinnych, +Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych. +Twarzyczka schyliła się -- ujrzał, drżąc z bojaźni +I radości, niestety! ujrzał najwyraźniéj, +Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty, +W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty, +Niby srebrzyste strączki, co od słońca blasku +Świeciły się jak korona na świętych obrasku. + +Zerwał się; i widzenie zaraz uleciało +Przestraszone łoskotem i czekał, niewracało! +Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie +I słowa: «Niech Pan wstaje, czas na polowanie. +Pan zaspał.» Skoczył z łóżka i obu rękami +Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami +I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany; +Wyskoczył, patrzył w koło, zdumiony, zmieszany, +Nie niewidział, nie dostrzegł niczyjego śladu: +Niedaleko od okna był parkan od sadu, +Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce +Chwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce? +Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie, +Nieśmiał iść w ogród: tylko wsparł się na parkanie, +Oczy podniósł, i s palcem do ust przyciśnionym +Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapioném +Nie rozerwał myślenia; potém w czoło stukał, +Niby do wspomnień dawnych uśpionych w niém pukał, +Nakoniec gryząc palce do krwi się zadrasnął, +I na cały głos -- dobrze, dobrze mi tak! -- wrzasnął. + +We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku, +Teraz pusto i głucho, jak na mogilniku: +Wszyscy ruszyli w pole; Tadeusz nadstawił +Uszu, i ręce do nich jak trąbki przyprawił, +Słuchał, aż mu wiatr przyniósł wiejący od puszczy, +Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy. + +Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany, +Wziął więc flintę, skoczył nań, i jak opętany +Pędził ku karczmom które stały przy kaplicy. +Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy. + + Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi, +Oknami wzajem sobie grożące jak wrogi; +Stara należy s prawa do zamku dziedzica, +Nową na złość zamkowi postawił Soplica. +W tamtéj, jak w swém dziedzictwie rej wodził Gerwazy, +W téj najwyższe za stołem brał miejsce Protazy. + +Nowa karczma niebyła ciekawa s pozoru. +Stara wedle dawnego zbudowana wzoru, +Który był wymyślony od Tyryjskich cieśli, +A potém go żydowie po świecie roznieśli: +Rodzaj architektury, obcym budowniczym +Wcale nieznany; my go od żydów dziedziczym. + +Karczma s przodu jak korab', s tyłu jak świątynia: +Korab', istna Noego czworogranna skrzynia, +Znany dziś pod prostackiém nazwiskiem stodoły; +Tam różne są zwierzęta, konie, krowy, woły, +Kozy brodate; w górze zaś ptastwa gromady, +I płazów choć po parze, są też i owady. +Część tylnia nakształt dziwnéj świątyni stawiona +Przypomina s pozoru ów gmach Salomona, +Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśle +Hiramscy na Syonie wystawili cieśle. +Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach, +A szkoł rysunek widny w karczmach i stodołach. +Dach z dranic i ze słomy, śpiczasty, zadarty, +Pogięty jako kołpak żydowski podarty. +Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie, +Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie; +Kolumny, co jest wielkie architektów dziwo, +Trwałe, chociaż wpół zgniłe, i stawione krzywo +Jaków wieży Pizańskiej, nie podług modelów +Greckich, bo są bez podstaw i bez kapitelów. +Nad kolumnami biegą wpółokrągłe łuki, +Także z drzewa, gotyckiéj naśladowstwo sztuki. +Z wierzchu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłótem, +Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem, +Krzywe jak szabasowych ramiona świeczników; +Na końcu wiszą gałki, cóś nakształt guzików, +Które żydzi modląc się na łbach zawieszają, +I które po swojemu, cyces nazywają. +Słowem zdaleka karczma chwiejąca się, krzywa, +Podobna jest do żyda, gdy się modląc kiwa; +Dach jak czapka, jak broda strzecha rostrzęśniona, +Ściany dymne i brudne jak czarna opona, +A s przodu rzeźba sterczy jak cyces na czole. + +W środku karczmy jest podział jak w żydowskiéj szkole, +Jedna część pełna izbic ciasnych i podłużnych, +Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych; +W drugiéj ogromna sala. Koło każdéj ściany +Ciągnie się wielonożny stół wąski drewniany, +Przy nim stołki choć niższe, podobne do stoła, +Jako dzieci do ojca. + + Na stołkach do koła +Siedziały chłopy, chłopki, tudzież szlachta drobna +Wszyscy rzędem; ekonom sam siedział z osobna. +Po rannéj mszy s kaplicy, że była niedziela, +Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela. +Przy każdym już szumiała siwą wódką czarka, +Po nad wszystkimi z butlą biegała szynkarka. +W środku arędarz Jankiel, w długim aż do ziemi +Szarafanie zapiętym haftkami srebrnemi, +Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził, +Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził; +Rzucając w koło okiem roskazy wydawał, +Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał +Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał, +Lecz nie służył nikomu; tylko się przechadzał. +Żyd stary i powszechnie znany s poczciwości, +Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości +Nikt ze szlachty niezaniosł nań skargi do dworu; +O cóż skarżyć? miał trunki dobre do wyboru, +Rachował się ostróżnie lecz bez oszukaństwa, +Ochoty niezabraniał, nie cierpiał pijaństwa: +Zabaw wielki miłośnik; u niego wesele +I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę +Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce, +Przy któréj i basetla była i kozice. + +Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem; +S cymbałami, narodu swego instrumentem, +Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał +I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał. +Chociaż żyd dosyć czystą miał polską wymowę, +Szczególniéj zaś polubił pieśni narodowe; +Przywoził mnóstwo s każdéj za Niemen wyprawy, +Kołomyjek z Halicza, mazurów z Warsznwy; +Wieść, niewiem czyli pewna, w całéj okolicy +Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicy +I upowszechnił wówczas, w tamecznym powiecie, +Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie, +A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów +Wygrały Włochom polskie trąby legionów. +Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca, +Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca: +Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały +Zawiesił dźwięcznostronne na ścianie cymbały; +Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem, +Przy tém w pobliskiém mieście był też podrabinkiem, +A zawsze miłym wszędzie gościem, i domowym +Doradzcą; znał się dobrze na handlu zbożowym, +Na wicinnym: potrzebna jest znajomość taka +Na wsi. -- Miał także sławę dobrego Polaka. + +On pierwszy zgodził kłótnie często nawet krwawe +Między dwiema karczmami, obie wziął w dzierżawę; +Szanowali go równie i starzy stronnicy +Horeszkowscy i słudzy sędziego Soplicy. +On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym +Klucznikiem Horeszkowskim i kłotliwym Woźnym; +Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy, +Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy. + +Gerwazego niebyło; ruszył na obławę, +Niechcąc aby tak ważną i trudną wyprawę +Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony; +Poszedł więc z nim dla rady, tudzież dla obrony. + +Dziś miejsce Gerwazego najdalsze od progu, +Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu, +Zwane _pokuciem_, kwestarz ksiądz Robak zajmował; +Jankiel go tam posadził; widać że szanował +Wysoko Bernardyna, bo skoro dostrzegał +Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał +I roskazał dolewać lipcowego miodu. +Słychać, że z Bernardynem znali się za młodu +Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał +Nocą do karczmy, tajnie z żydem się naradzał +O ważnych rzeczach; słychać było że towary +Ksiądz przemycał, lecz potwarz to niegodna wiary. + +Robak wsparty na stole, wpółgłośno rosprawiał, +Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał, +I nosy ku księdzowskiéj chylił tabakierze; +Brano z niéj, i kichała szlachta jak możdzerze. + +«Rewerendissime, rzekł kichnąwszy Skołuba, +To mi tabaka, co to idzie aż do czuba; +Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi) +Takiéj niezażywałem (tu kichnął raz drugi) +Prawdziwa Bernardynka, pewnie s Kowna rodem, +Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem. +Byłem tam lat już -- Robak przerwał mu «na zdrowie +Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie; +Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodzi +Z dalszéj strony niż myśli Skołuba Dobrodziéj; +Pochodzi z Jasnéj Góry; Xiężą Paulinowie +Tabakę taką robią w mieście Częstochowie, +Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony, +Bogarodzicy Panny, Królowéj korony +Polskiéj; zowią ją dotąd i Księżną Litewską! +Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską, +Lecz na Litewskiém Księstwie teraz syzma siedzi!» +-- S Częstochowy? rzekł Wilbik, byłem tam w spowiedzi, +Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście; +Czy to prawda że Francuz gości teraz w mieście, +Że chce kościół rozwalać, i skarbiec zabierze, +Bo to wszystko w Litewskim stoi Kurierze? +-- Nieprawda rzekł Bernardyn, nie, Pan Najjaśniejszy +Napoleon katolik jest najprzykładniejszy; +Wszak go papież namaścił, żyją s sobą w zgodzie +I nawracają ludzi w francuskim narodzie, +Który się trochę popsuł; prawda s Częstochowy +Oddano wiele srebra na skarb narodowy +Dla Ojczyzny, dla Polski, sam Pan Bóg tak każe, +Skarbcem Ojczyzny zawsze są jego ołtarze; +Wszakże w Warszawskiém Księstwie mamy sto tysięcy +Wojska polskiego, może wkrótce będzie więcéj, +A któż wojsko opłaci? czy nie wy Litwini, +Wy tylko grosz dajecie do Moskiewskiéj skrzyni. +-- Kat by dał, krzyknął Wilbik, gwałtem od nas biorą. +-- Oj dobrodzieju, chłopek ozwał się s pokorą, +Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę, +Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę, +Lecz nas drą jak na łyka -- Cham, Skołuba krzyknął, +Głupi, tobieć to lepiéj, tyś chłopie przywyknął +Jak węgórz do odarcia; lecz nam _urodzonym_, +Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym! +Ach bracia! wszak to dawniéj szlachcic na zagrodzie! +-- (Tak, tak, krzyknęli wszyscy: rowny wojewodzie!) +Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować +Papiery, i szlachectwa papierem probować. +-- Jeszcze Waszeci mniejsza, zawołał Juraha, +Waszeć s pradziadów chłopów uszlachcony szlaha, +Ale ja, s kniaziów! pytać u mnie o patenta, +Kiedym został szlachcicem? sam Bóg to pamięta! +Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny +Kto jéj dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny. +-- Kniaziu, rzekł Żagiel, świeć Waść baki lada komu, +Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu, +-- Waść ma krzyż w herbie, wołał Podhajski, to skryta +Aluzya, że w rodzie bywał neofita. +-- Fałsz, przerwał Birbarz, przecież ja s tatarskich Hrabiów +Pochodzę, a mam krzyże nad herbem korabiów. +-- Poraj, krzyknął Mickiewicz, z mitrą w polu złotém, +Herb Książęcy, Stryjkowski gęsto pisze o tém. + +Za czém wielkie powstały w całéj karczmie szmery; +Ksiądz Bernardyn uciekł się do swéj tabakiery, +W koléj częstował mówców, gwar zaraz ucichnął, +Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął; +Bernardyn korzystając s przerwy, mówił dalej: +-- Oj wielcy ludzie od téj tabaki kichali! +Czy uwierzycie Państwo, że s téj tabakiery, +Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery? +-- Dąbrowski? zawołali -- Tak, tak, on jenerał; +Byłem w obozie gdy on Gdańsk Niemcom odbierał +Miał coś pisać, bojąc się ażeby nie zasnął, +Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął; +Księże Robaku mówił, Księże Bernardynie, +Obaczymy się w Litwie może nim rok minie, +Powiedz Litwinom niech mnie czekają s tabaką +Częstochowską, niebiorę innéj tylko taką. + +Mowa Księdza wzbudziła takie zadziwienie, +Taką radość, że całe huczne zgromadzenie +Milczało chwilę; potem napół ciche słowa +Powtarzano: tabaka s Polaki? Częstochowa? +Dąbrowski? z ziemi włoskiéj? aż nakoniec razem. +Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem, +Wszyscy jednogłośnie jak na dane hasło +Krzyknęli: Dąbrowskiego! wszystko razem wrzasło, +Wszystko się uścisnęło: chłop s tatarskim Hrabią, +Mitra s Krzyżem, Poraje z Gryfem i s Korabią; +Zapomnieli wszystkiego, nawet Bernardyna, +Tylko śpiewali krzycząc: wódki, miodu, wina! + +Długo się przysłuchiwał Ksiądz Robak piosence, +Nakoniec chciał ją przerwać; wziął w obiedwie ręce +Tabakierkę, kichaniem melodyę zmieszał, +I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał: +Chwalicie mą tabakę Mości Dobrodzieje, +Obaczcież co się wewnątrz tabakierki dzieje. +Tu wycierając chustką zabrudzone denko, +Pokazał malowaną armią malenką +Jak roj much; w środku jeden człowiek na rumaku, +Wielki jako chrząszcz, siedział, pewnie wódz orszaku; +Spinał konia jak gdy by chciał skakać w niebiosa, +Jednę rękę na cuglach, drugą miał u nosa: +Przypatrzcie się, rzekł Robak, tej groźnéj postawie, +Zgadnijcie czyja? -- Wszyscy patrzyli ciekawie, -- +Wielki to człowiek, Cesarz, ale nie Moskali, +Ich Carowie tabaki nigdy niebierali. +-- Wielki człowiek, zawołał Cydzlk, a w kapocie? +Ja myśliłem że wielcy ludzie chodzą w złocie, +Bo u Moskałów lada jenerał Mospanie, +To tak świeci się w złocie, jak szczupak w szafranie; +-- Ba, przerwał Rymsza; przecież widziałem za młodu +Kościuszkę, naczelnika naszego narodu: +Wielki człowiek! a chodził w krakowskiéj sukmanie, +To jest czamarce; -- w jakiéj czamarce, Mospanie? +Odparł Wilbik, to przecież zwano taratatką; +-- Ale tamta s fręzlumi, ta jest całkiem gładką, +Krzyknął Mickiewicz; -- za tém wszczynały się swary +O rożnych taratatki kształtach i czamary. + +Przemyślny Robak widząc, że się tak rospryska +Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska, +Do swojéj tabakiery; częstował, kichali, +Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął daléj: +-- Gdy Cesarz Napoleon w potyczce zażywa +Raz po raz, to znak pewny że bitwę wygrywa: +Na przykład pod Austerlic; Francuzi tak stali +Z armatami, a na nich biegła ćma Moskali; +Cesarz patrzył i milczał; co Francuzi strzelą, +To Moskale półkami jak trawa się ścielą. +Półk za półkiem cwałował i spadał s kulbaki; +Co półk spadnie, to Cesarz zażyje tabaki; +Aż w końcu Alexander ze swoim braciszkiem +Konstantym, i z niemieckim cesarzem Franciszkiem, +W nogi s pola; więc Cesarz widząc że po walce, +Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce. +Otoż jeśli kto s Panów coście tu przytomni +Będzie w wojsko Cesarza, niech to sobie wspomni. + +Ach! zawołał Skołuha, mój księże kwestarzu! +Kiedyż to będzie! wszak to ile w kalendarzu +Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą, +Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrożą, +A Moskal jak nas trzymał, tak trzyma za szyję, +Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje. + +Mospanie, rzekł Bernardyn, babska rzecz narzekać, +A żydowska rzecz ręce założywszy czekać +Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka; +Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka. +Już ci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił, +Brzydkie Prusactwo zdeptał, Anglików wyrzucił +Het za morze, Moskalom zapewne wygodzi; +Ale co stąd wyniknie, wié Asan Dobrodziej? +Oto szlachta Litewska wtenczas na koń wsiędzie +I szable weźmie, kiedy bić się s kim nie będzie; +Napoleon sam wszystkich pobiwszy, nareszcie +Powie, obejdę się ja bez was, kto jesteście? +Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić, +Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić, +A przed ucztą potrzeba dom oczyścić s śmieci, +Oczyścić dom powtarzam, oczyścić dom, dzieci! +Nastąpiło milczenie, potém głosy w tłumie: +Jakże to dom oczyścić, jakto ksiądz rozumie? +Już ci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi, +Tylko niech Ksiądz Dobrodziéj, jaśniéj się wysłowi. + +Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę, +Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę, +Po chwili rzekł powstając: dziś czasu niemamy, +Potém o tém obszerniéj s sobą pogadamy; +Jutro będę dla sprawy w powiatowém mieście +J do Waszmościów z drogi zajadę po kweście. + +Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży, +Rzekł Ekonom, rad będzie Księdzu Pan Chorąży; +Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie: +Szczęśliwy człowiek, jako kwestarz w Niehrymowie! +I do nas rzekł Zubkowski, wstąp jeżeli łaska, +Znajdzie się tam półsztuczek płótna, masła faska, +Baran lub krówka, wspomnij księże na te słowa: +Szczęśliwy człowiek, trafił, jak ksiądz do Zubkowa, +I do nas rzekł Skołuba, do nas Terajewicz, +Żaden Bernardyn głodny nie wyszedł s Pucewicz. +Tak cała szlachta prośbą i obietnicami +Przeprowadzała Księdza; on już był za drzwiami. + +On już pierwéj przez okno ujrzał Tadeusza +Który leciał gościńcem, w cwał, bez kapelusza, +Z głową schyloną, bladém, posępném obliczem, +A konia ustawicznie bódł i kropił biczem. +Ten widok bardzo Księdza Bernardyna zmieszał, +Więc za młodzieńcem kroki szybkiemi pośpieszał +Do wielkiéj pusczy, która jako oko sięga +Czerniła się na całym brzegu widnokręga. + +Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy, +Aż do samego środka, do jądra gęstwiny? +Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza; +Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża, +Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice, +Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice: +Wieść tylko albo bajka wié co się w nich dzieje. +Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje, +Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłod, korzeni, +Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni +I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk, +Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk. +Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkiem męztwem, +Daléj spotkać się z większém masz niebezpieczeństwém; +Daléj co krok czychaja, niby wilcze doły, +Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły, +Tak głębokie że ludzie dna ich niedośledzą, +(Wielkie jest podobieństwo że djabły tam siedzą) +Woda tych studni sklni się, plamista rdzą krwawą, +A z wnętrza ciągle dymi zionąc woń plugawą, +Od któréj drzewa w koło tracą liść i korę; +Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, chore, +Pochyliwszy konary mchem kołtunowate, +I pnie garbiąc brzydkiemi grzybami brodate, +Siedzą w około wody, jak czarownic kupa +Grzejąca się nad kotłem w którym warzą trupa. + +Za temi jeziorkami już nie tylko krokiem, +Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem; +Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem, +Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi. +A w tą mgłą nakoniec (jak wieść gminna głosi) +Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica, +Główna królestwa zwierząt i roślin stolica. +W niéj są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona, +S których się rozrastają na świat ich plemiona; +W niéj jak w arce Noego, s wszelkich zwierząt rodu +Jedna przynajmniéj para chowa się dla płodu. +W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory, +Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory. +Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry, +I żarłoczny Rosomak, jak czujne ministry; +Daléj zaś jak podwładni szlachetni wassale, +Mięszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale. +Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy, +Żyjący s pańskich stołów, dworscy zausznicy. +Te pary zwierząt główne i patryarchalne, +Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne, +Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu, +A sami we stolicy używają wczasu; +Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną, +Lecz starzy umierają śmiercią naturalną. +Mają też i swój smętarz, kędy bliscy śmierci, +Ptaki składają pióra, czworonogi sierci. +Niedźwiedź gdy zjadłszy zęby strawy nieprzeżuwa, +Jeleń zgrzybiały gdy już ledwie nogi suwa, +Zając sędziwy gdy mu już krew w żyłach krzepnie, +Kruk gdy już posiwieje, sokoł gdy oślepnie, +Orzeł gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi +Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi, +Idą na smętarz. Nawet mniejszy zwierz raniony +Lub chory, bieży umrzéć w swe ojczyste strony. +Stąd to w miejscach dostępnych kędy człowiek gości, +Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości. +Słychać że tam w stolicy, między zwierzętami +Dobre są obyczaje, bo rządzą się sami; +Jeszcze cywilizacją ludzką niepopsuci, +Nieznają praw własności która świat nasz kłóci, +Nie znają pojedynków, ni wojennéj sztuki. +Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki, +Dzikie i swojskie razem w miłości i zgodzie, +Nigdy jeden drugiego nie kąsa, ni bodzie. +Nawet gdyby tam człowiek wpadł chociaż niezbrojny, +Toby środkiem bestyi przechodził spokojny; +Oneby nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia, +Jakim w owym ostatnim szóstym dniu stworzenia +Ojce ich pierwsze co się w ogrójcu gnieździły, +Patrzyły na Adama nim się z nim skłóciły. +Szczęściem człowiek nie zbłądzi do tego ostępu, +Bo Trud i Trwoga i Śmierć bronią mu przystępu. + +Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary, +Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary, +Wnętrznéj ich okropności rażone widokiem, +Uciekają skowycząc z obłąkanym wzrokiem; +I długo potém ręką pana już głaskane, +Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane. +Te puszcz stołeczne, ludziom nieznane tajniki, +W języku swoim strzelcy zowią -- _Mateczniki_. + +Głupi niedźwiedziu! gdybyś w Mateczniku siedział, +Nigdyby się o tobie Wojski niedowiedział; +Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność, +Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność; +Wyszedłeś na brzeg puszczy gdzie się las przerzedził +I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził, +I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi, +By poznać gdzie popasasz i gdzie masz noclegi; +Teraz Wojski z obławą, już od matecznika +Postawiwszy szeregi odwrót ci zamyka. + +Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu +Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu. + +Cicho; -- próżno myśliwi natężają ucha; +Próżno, jak najciekawszéj mowy, każdy słucha +Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka; +Tylko muzyka puszczy gra do nich zdaleka. +Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki, +A strzelcy obróciwszy do lasu dwórurki, +Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta: +Jako w twarzy lekarza wzrok przyjacioł czyta +Wyrok życia lub zgonu miłéj im osoby, +Tak strzelcy ufni w sztuki Wojskiego sposoby +Topili w nim spójrzenia nadziei i trwogi. +«Jest! jest! wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi. +On słyszał! oni jeszcze słuchali -- nareszcie, +Słyszą, jeden pies wrzasnął, potém dwa, dwadzieście, +Wszystkie razem ogary rospierzchnioną zgrają +Doławiają się, wrzeszczą, wpadli na trop, grają, +Ujadają: już nie jest to powolne granie +Psów goniących zająca, lisa albo łanie; +Lecz wciąż, wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły; +To nie na ślad daleki ogary napadły, +Na oko gonią -- nagle ustał krzyk pogoni, +Doszli zwierza -- wrzask znowu, skowyt, -- zwierz się broni +I zapewne kaleczy, śród ogarów grania +Słychać co raz to częściéj jęk psiego konania. + +Strzelcy stali, i każdy ze strzelbą gotową +Wygiął się jak łuk na przód s wciśnioną w las głową, +Niemogą dłużéj czekać! już ze stanowiska +Jeden za drugim zmyka i w pusczę się wciska, +Chcą pierwsi spotkać zwierza: choć Wojski ostrzegał, +Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał, +Krzycząc, że czy kto prostym chłopem czy paniczem, +Jeżeli z miejsca zejdzie dostanie w grzbiet smyczem. +Nie było rady! wszyscy pomimo zakazu +W las pobiegli, trzy strzelby huknęły od razu, +Potém wciąż kanonada, aż głośniéj nad strzały +Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały. +Ryk okropny! boleści, wściekłości, rospaczy, +Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy +Grzmiały ze środka puszczy; strzelcy ci w las śpieszą, +Tamci korki odwodzą a wszyscy się cieszą; +Jeden Wojski w żałości, krzyczy że chybiono. +Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną +Na przełaj zwierza między ostępem i puszczą; +A niedźwiedź odstraszony psów i ludzi tłuszczą, +Zwrócił się nazad w miejsca mniéj pilnie strzeżone +Ku polom, skąd już zeszły strzelcy rozstawione, +Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków +Wojski, Tadeusz, Hrabia s kilką obławników. + +Tu las był rzadszy; słychać z głębi ryk, trzask łomu +Aż z gęstwy jak s chmur wypadł niedźwiedź nakształt gromu; +W koło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi +Tylne i spojrzał w koło, rykiem strasząc wrogi, +I przedniemi łapami to drzewu korzenie, +To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie +Rwał, waląc w psów i w ludzi; aż wyłamał drzewo +Kręcąc nim jak maczugą, na prawo, na lewo; +Runął wprost na ostatnich strażników obławy, +Hrabię i Tadeusza: oni bez obawy +Stoją w kroku, na zwierza wytknęli flint rury, +Jako dwa konduktury w łono ciemnéj chmury; +Aż oba jednym razem pociągnęli kórki, +[Niedoświadczeni!) razem zagrzmiały dwórurki; +Chybili; Niedźwiedź skoczył, oni tuż utkwiony +Oszczep jeden chwycili czterema ramiony, +Wydzierali go sobie; spojrzą, aż tu s pyska +Wielkiego czerwonego dwa rzędy kłów błyska, +I łapa s pazurami już się na łby spuszcza; +Pobledli, w tył skoczyli, i gdzie rzadnie puszcza +Zmykali; zwierz za nimi wspiął się, już pazury +Zahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry, +I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy. +Zdarłby mu czaszkę z mózgów jak kapelusz z głowy, +Gdy Assessor z Rejentem wyskoczyli z boków, +A Gerwazy biegł s przodu o jakie sto kroków, +Z nim Robak, choć bez strzelby -- i trzej w jednéj chwili +Jak gdyby na komendę razem wystrzelili. +Niedźwiedź wyskoczył w górę juk kot przed chartami, +I głową na dół runął, i czterma łapami +Przewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemie +Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię. +Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły +Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły. + +Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty +Swój róg bawoli, długi, centkowany, kręty +Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, +Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął, +Zasunął w pół powieki, w ciągnął w głąb pół brzucha +I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha, +I zagrał: róg jak wicher, nie wstrzymanym dechem, +Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem. +Umilkli strzelce, stali szczwacze zadziwieni +Mocą, czystością, dziwną harmonią pieni. +Starzec cały kunszt którym niegdyś w lasach słynął +Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął; +Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy, +Jakby psiarnię w nię wpuścił i rospoczął łowy. +Bo w graniu była łowów historja krótka: +Z razu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka; +Potém jęki po jękach skomlą: to psów granie; +A gdzie niegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie. + +Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało +Ze Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało. + +Zadał znowu; myśliłbyś że róg kształty zmieniał, +I że w ustach Wojskiego to grubiał to cieniał, +Udając głosy zwierząt; to raz w wilczą szyję +Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje. +Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło. +Ryknął; potém beczenie żubra wiatr rozdarło. + +Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało +Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało. +Wysłuchawszy rogowéj arcydzieło sztuki, +Powtarzały je dęby dębom, bukom buki. + +Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi, +Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi, +Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry +Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury. + +Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało +Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało. +Ile drzew tyle rogów znalazło się w boru, +Jedne drugim pieśń niosą jak s choru do choru. +I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza, +Coraz ciższa i coraz czystsza, doskonalsza, +Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu! + +Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu +Roskrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym +Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałem, promienném, +Z oczyma wzniesioniemi, stał jakby natchniony, +Łowiąc uchem ostatnie znikające tony. +A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków, +Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków. + +Uciszono się zwolna, i oczy gawiedzi +Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi: +Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty, +Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity, +Rosprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy, +Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy, +Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy; +Pijawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy, +Z lewéj strony Strapczyna, a s prawéj zawisał +Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał. + +Zaczem Wojski roskazał kij żelazny włożyć +Psom między zęby, i tak paszczęki rostworzyć. +Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki, +I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki. + + -- A co? krzyknął Asssessor, kręcąc strzelby rurą, +A co? fuzyjka moja? górą nosi górą! +A co? fuzyjka moja? nie wielka ptaszyna, +A jak się popisała? to jéj nie nowina, +Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku, +Od Książecia Sanguszki mam ją w podarunku. +Tu pokazywał strzelbę przedziwnéj roboty +Choć maleńką, i zaczął wyliczać jéj cnoty. +-- Ja biegłem, przerwał Rejent otarłszy pot s czoła +Biegłem tuż za niedźwiedziem; a Pan Wojski woła +Stój na miejscu; jak tam stać, niedźwiedź w pole wali, +Rwąc s kopyta jak zając coraz daléj, daléj, +Aż mi ducha niestało, dobiedz ni nadziei, +Aż spojrzę w prawo, sadzi, a tu rzadko w kniei, +Jak téż wziąłem na oko, postójże marucha, +Pomyśliłem, i basta, ot leży bez ducha; +Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka, +Napis Sagalas London à Bałabanówka. +(Sławny tam mieszkał slósarz polak, który robił +Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił.) + +-- Jak to, parsknął Assessor, do kroćset niedźwiedzi +Tu to niby Pan zabił? co też tu Pan bredzi! +-- Słuchajno, odparł Rejent, tu Panie nie śledztwo, +Tu obława, tu wszystkich weźmiem na świadectwo. + +Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta, +Ci stronę Assessora, ci brali Rejenta; +O Gerwazym niewspomniał nikt, bo wszyscy biegli +Z boków, i co się s przodu działo nie postrzegli. +Wojski głos zabrał: teraz jest przynajmniéj za co, +Bo to Panowie nie jest ow szarak ladaco, +To niedźwiedź, tu już nie żal poszukać odwetu, +Czy szarpentyną, czyli nawet s pistoletu; +Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem, +Na pojedynek nasze pozwolenie dajem. +Pamiętam za mych czasów żyło dwóch sąsiadów, +Oba ludzie uczciwi, szlachta s prapradziadów, +Mieszkali po dwóch stronach nad rzekę Wilejką, +Jeden zwał się Domeyko a drugi Doweyko. +Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili, +Kto zabił trudno dociec, strasznie się kłócili, +I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę: +To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę. +Pojedynek ten wiele narobił hałasu; +Pieśni o nim śpiewano za owego czasu. +Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo, +Opowiem od początku historję całą. + +Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził; +On niedźwiedzia z uwagą do koła obchodził, +Nareszcie dobył tasak, rościął pysk na dwoje, +I w tylcu głowy, mózgu roskroiwszy słoje, +Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył. +Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył; +A potém dłoń podnosząc i kulę na dłoni, +Panowie, rzekł, ta kula nie jest z waszéj broni, +Ona s téj Horeszkowskiéj wyszła jednorurki, +(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki) +Lecz nie ja wystrzeliłem -- o trzeba tam było +Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło! +Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie, +A niedźwiedź s tyłu już, już, na Hrabiego głowie, +Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli. +Jezus Marya, krzyknąłem; i Pańscy anieli +Zesłali mi na pomoc Księdza Bernardyna. +On nas wszystkich zawstydził; oj dzielny księżyna! +Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił, +On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił: +Między dwie głowy strzelić! sto kroków! nie chybić! +I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić! +Panowie! długo żyję, jednego widziałem +Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem. +Ów głośny niegdyś u nas s tylu pojedynków, +Ów co korki kobiétom wystrzelał s patynków, +Ów łotr nad łotry, sławny wczasy wiekopomne, +Ów Jacek, vulgo Wąsal; nazwiska nie wspomnę: +Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi; +Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi. +Chwała Księdzu! dwom ludziom on życie ocalił, +Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił, +Ale gdyby ostatnie s krwi Horeszków dziecie +Wpadło w bestyi paszczę, niebyłbym na świecie, +I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości; +Pójdź księże, wypijemy zdrowie Jegomości. + +Próżno szukano księdza; wiedzą tylko tyle. +Że po zabiciu zwierza, zjawił się na chwilę, +Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi, +A widząc że obadwa cali są i zdrowi, +Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił, +I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił. + +Tymczasem na Wojskiego roska, pęki wrzosu, +Suche chrosty i pniaki rzucono do stosu; +Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu, +I rosszerza się w górze nakształt baldakimu. +Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki, +Na grotach zawieszono brzuchate kociołki; +Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste, +I chléb. + + Sędzia otworzył puzderko zamczyste, +W którém rzędami flaszek białe sterczą głowy; +Wybiera z nich największy kufel kryształowy, +(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka) +Wódka to Gdańska napój miły dla Polaka; +Niech żyje! krzyknął Sędzia w górę wznosząc flaszę, +Miasto Gdańsk niegdyś nasze, będzie znowu nasze! +I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu +Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu. + +W kociołkach bigos grzano -- w słowach wydać trudno +Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną; +Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek, +Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek. +Aby cenić litewskie pieśni i potrawy, +Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy. + +Przecież i bez tych przypraw, potrawą nielada +Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa. +Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta, +Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta; +Zamknięta w kotle, łonem wilgotném okrywa +Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa; +I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie +Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie, +I powietrze do koła zionie aromatem. + +Bigos już gotów. Strzelcy s trzykrotnym wiwatem +Zbrojni łyżkami biegą i bodą naczynie, +Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie, +Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów, +Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów. + +Kiedy się już do woli napili, najedli, +Zwierza na wóz złożyli, sami na koń siedli, +Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Assessora +I Rejenta, ci byli gniewliwsi niż wczora, +Kłócąc się o zalety, ten swéj Sanguszkówki, +A ten bałabanowskiéj swéj Sagalasówki. +Hrabia też i Tadeusz jadą nie weseli, +Wstydząc się że chybili i że się cofnęli: +Bo na Litwie kto zwierza wypuści z obławy, +Długo musi pracować nim poprawi sławy. + +Hrabia mówił że pierwszy do oszczepu godził, +I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził; +Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy +I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy, +Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy +Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy. + +Wojsk i jechał po środku; staruszek szanowny, +Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny; +Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść, +Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść: +-- Assessorze, jeżeli chciałem byś z Rejentem +Pojedynkował, nie myśl że jestem zawziętym +Na krew ludzką; broń Hoże, chciałem was zabawić, +Chciałem wam komedyę niby to wyprawić, +Wznowić koncept, który ja, lat temu czterdzieście, +Wymyśliłem -- przedziwny! -- Wy młodzi jesteście, +Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów, +Głośny był od téj puszczy, do poleskich lasów. + +Domeyki i Doweyki wszystkie sprzeciwieństwa +Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa +Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas seymików, +Przyjaciele Doweyki skarbili stronników, +Szepnął ktoś do szlachcica, day kreskę Doweyce; +A ten niedosłyszawszy dał kreskę Domeyce. +Gdy na uczcie wniósł zdrowie Marszałek Rupeyko +Wiwat Doweyko, drudzy krzyknęli Domeyko; +A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu, +Zwłaszcza przy niewyraźnéj mowie w czas objadu. + + Gorzéj było; raz w Wilnie jakiś szlachcic pijany, +Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany; +Potém ow szlachcic z Wilna wracając do domu. +Dziwnym trafem z Doweyką zjechał się u promu; +Gdy więc na jednym promie płynęli Wileyką, +Pyta sąsiada kto on, odpowie: Doweyko; +Nie czekając dobywa rapier spod kireyki, +Czach, czach, i za Domeykę podciął wąs Doweyki. + +Wreszcie jak na dobitkę, trzeba jeszcze było, +Żeby na polowaniu tak się wydarzyło, +Że stali blisko siebie oba imiennicy, +I do jednéj strzelili razem Niedźwiedzicy. +Prawda że po ich strzale upadła bez duchu, +Ale już piérwéj niosła z dziesiątek kul w brzuchu; +Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób, +Kto zabił Niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób? + +Tu już krzyknęli: dosyć! trzeba raz rzecz skończyć, +Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć: +Dwóch nas jak dwóch słońc pono za nadto na świecie, -- +A więc do szerpentynek i stają na mecie. +Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą, +To oni na się jeszcze zapalczywiéj godzą. +Zmienili broń; od szabel szło na pistolety, +Stają, krzyczym że nadto przybliżyli mety; +Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę +Strzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę; +Oba tęgo strzelali -- Sekunduj Hreczecha; +Zgoda rzekłem, niech zaraz dół wykopie klecha: +Bo taki spór nie może skończyć się na niczém; +Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym, +Dosyć już mety zbliżać, widzę żeście zuchy, +Chcecie strzelać się rury oparłszy na brzuchy? +Ja nie pozwolę; zgoda że na pistolety; +Lecz strzelać się nie z dalszéj, ani z bliższéj mety, +Jak przez skórę niedźwiedzią; ja rękami memi +Jako sekundant skórę rościągnę na ziemi, +I ja sam was ustawię. Waść po jednéj stronie +Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie. +Zgoda! wrzaśli: czas? -- jutro -- miejsce? Karczma Usza. +Rozjechali się. Ja zaś do Wirgiliusza -- + +Tu Wojskiemu przerwał krzyk: Wyczha! tuż spod koni +Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni. +Psy wzięto na obławę, wiedząc że s powrotem +Na polu łatwo można napotkać się s kotem; +Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota spostrzegły, +Wprzód nim strzelcy poszczuli już za nim pobiegły. +Rejent też i Assessor chcieli końmi natrzeć, +Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: wara! stać i patrzeć; +Nikomu krokiem ruszyć z miejsca niedozwolę, +Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole. +W istocie, kot czuł s tyłu myśliwych i psiarnie, +Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie, +Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty, +Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty, +Rzekłbyś że ich nie rusza tylko ziemię trąca +Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca. +Pył za nim, psy za pyłem, zdaleka się zdało, +Że zając, psy i charty jedne tworzą ciało: +Jakby jakaś przez pole suwała się źmija, +Kot jak głowa, pył s tyłu jakby modra szyja, +A psami jak podwójnym ogonem wywija. + +Rejent, Assessor patrzą, otworzyli usta, +Dech wstrzymali; wtém Rejent pobladnął jak chusta, +Zbladł i Assessor, widzą -- fatalnie się dzieje, +Owa źmija im daléj, tém bardziéj dłużeje, +Już rwie się w pół, już znikła owa szyja pyłu, +Głowa już blisko lasu, ogony, gdzie s tyłu! +Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem +Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem. + +Biedne psy, ogłupiałe biegały pod gajem, +Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem; +Wreście wracają, zwolna skacząc przez zagony, +Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony, +I przybiegłszy, ze wstydu nieśmieją wznieść oczu, +I zamiast iść do Panów, stały na uboczu. + +Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło, +Assessor rzucał okiem ale niewesoło, +Potém zaczęli oba słuchaczom wywodzić: +Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić, +Jak kot z nienacka wypadł, jak źle był poszczuty +Na roli, gdzie psom chyba trzebaby wdziać buty, +Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni. + + Mądrze rzecz wyłuszczali, szczwacze doświadczeni; +Myśliwi s tych mów wiele mogliby korzystać, +Lecz nie słuchali pilnie, ci zaczęli świstać, +Ci śmiać się w głos, ci mając niedźwiedzia w pamięci +Gadali o nim, świeżą obławą zajęci. + + +Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił, +Widząc że uciekł, głowę obojętnie zwrócił +I kończył rzecz przerwaną: na czém więc stanąłem? +A ha! na tém, że obu za słowo ująłem +Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę, +Szlachta w krzyk, to śmierć pewna! prawie rura w rurę, +A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro, +Że skóra źwierza nic jest ladajaką miarą. +Wszak wiecie Waćpanowie jak królowa Dydo +Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą +Wytargowała sobie taki ziemi kawał, +Któryby się wołową skórą nakryć dawał; +Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago! +Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą. + +Ledwie dniało, już z jednéj strony taradejką +Jedzie Dowejko, z drugiéj na koniu Domeyko. +Patrzą, aż tu przez rzekę, leży most kosmaty, +Pas ze skóry niedźwiedziéj porzniętéj na szmaty. +Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie +Z jednéj strony, Domeykę zaś po drugiéj stronie. +Pukajcie teraz, rzekłem, choć przez całe życie, +Lecz póty was niespuszczę aż się pogodzicie. +Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi +Od śmiechu, a ja s Księdzem słowy poważnemi +Nuż im z Ewanjelji, s statutów dowodzić, +Niema rady: -- śmieli się i musieli zgodzić. + +Spor ich potém w dozgonną przyjaźń się zamienił, +I Doweyko się s siostrą Domeyki ożenił, +Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę, +Podzielili majątek na dwie części równe, +A w miejscu gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek, +Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek. + + + + +KSIĘGA PIĄTA. + + + + +KŁÓTNIA. + + +TREŚĆ. + + Plany myśliwskie Telimeny -- Ogrodniczka wybiera się na wielki świat + i słucha nauk opiekunki -- Strzelcy wracają -- Wielkie zadziwienie + Tadeusza -- Spotkanie się powtórne w świątyni dumania i zgoda + ułatwiona za pośrednictwem mrowek -- U stołu wytacza się rzecz o + łowach -- Powieść Wojskiego o Rejtanie i Księciu Denassów, + przerwana -- Zagajenie układów między stronami, także przerwane -- + Zjawisko s kluczem -- Kłótnia -- Hrabia z Gerwazym odbywają radę + wojenną. + + + +Wojski chlubnie skończywszy łowy wraca z boru, +A Telimena w głębi samotnego dworu +Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma +Siedzi z założonemi na piersiach rękoma, +Lecz myślą goni źwierzów dwóch; szuka sposobu +Jakby razem obsobaczyć i ułowić obu: +Hrabię i Tadeusza. Hrabia panicz młody. +Wielkiego domu dziedzic, powabnéj urody; +Już trochę zakochany! cóż? może się zmienić! +Potém, czy szczérze kocha? czy się zechce żenić? +S kobietą kilka laty starszą! nie bogatą! +Czy mu krewni pozwolą? co świat powié na to? + +Telimena tak myśląc s sofy się podniosła +I stanęła na palcach, rzekłbyś że podrosła; +Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem, +I sama siebie pilném obejrzała okiem, +I znowu zapytała o radę zwierciadła, +Po chwili, wzrok spuściła, westchnęła i siadła. + +Hrabia Pan! zmienni w gustach są ludzie majętni! +Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni. +A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna! +Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna! +Pilnowany niełacno zerwie pierwsze zwiąski, +Przytém dla Telimeny ma już obowiąski +Męszczyzni póki młodzi, chociaż w myślach zmienni, +W uczuciach są od dziadów stalsi, ho sumienni. +Długo serce młodzieńca proste i dziewicze +Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze! +Ono roskosz i wita i żegna z weselem, +Jak skromną ucztę ktorą dzielim s przyjacielem, +Tylko siary pianica, gdy już spali trzewa, +Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa. +Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała, +Bo i rozum i wielkie doświadczenie miała. + +Lecz co powiedzą ludzie? można im zejść % oczu, +W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu, +Lub co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy, +Naprzykład zrobić małą podróż do stolicy, +Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić, +Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić, +Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata! +Nareszcie -- użyć świata, póki służą lata! + +Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło +Przeszła się kilka razy -- znów spuściła czoło. + + Wartoby też pomyślić o Hrabiego losie -- +Czyby się nie udało ppdsunąć mu Zosię? +Niebogata, lecz za to urodzeniem równa, +Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna. +Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie, +Telimena w ich domu miałaby schronienie +Na przyszłość, krewna Zosi i Hrabiego swatka, +Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka. + +Po tj s sobą odbytéj, stanowczéj naradzie, +Woła przez okno Zosię, bawiącą się w sadzie. + +Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą +Stała, trzymając w ręku podniesione sito, +Do nóg jéj biegło ptastwo; stąd kury szurpate +Toczą się kłębkiem, stamtąd kogutki czubate, +Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki +I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki, +Szeroko wyciągają ostrożaste pięty; +Za niemi zwolna indyk sunie się odęty +Sarkając na trzpiotalstwo swéj krzykliwéj żony, +Owdzie pawie jak tratwy długiemi ogony +Stérują się po łące, a gdzie niegdzie z gory +Upada jak kiść śniegu gołąb' srebrnopióry. +W pośrodku zielonego okręgu murawy, +Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy, +Opasany gołębi sznurem, nakształt wstęgi +Białéj, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi. +Tu dzioby bursztynowe, tam czubki s korali +Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali. +Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych +Chwieją się ciągle nakształt tulipanów wodnych; +Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi. + +Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi, +Sama biała i w długa bieliznę ubrana +Kręci się, jak bijąca śród kwiatów fontanna; +Czerpie s sita i sypie na skrzydła i głowy, +Ręką jak perły białą, gęsty grad perłowy +Krup jęczmiennych: to ziarno godne pańskich stołów, +Robi się dla zaprawy litewskich rosołów, +Zosia je wykradając s szafy ochmistrzyni +Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni. + + Usłyszała wołanie: Zosiu! to głos cioci! +Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci, +A sama kręcąc sito, jako tanecznica +Bębenek i w takt bijąc, swawolna dziewica +Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury: +Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry. +Zosia stopami ledwie dotykając ziemi, +Zdawała się najwyżéj bujać miedzy niemi; +Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy, +Leciały, jak przed wozem bogini roskoszy. + +Zosia przez okno s krzykiem do alkowy wpadła, +I na kolanach ciotki zadyszana siadła; +Telimena całując i głaszcząc pod brodę, +Z radością zważa dziecka żywość i urodę +(Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę.) +Ale znowu poważnie nastroiła lice, +Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy. +Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy: + +Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz +I na stan i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz +Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki, +Fi! to godna zabawka dygnitarskiéj córki. +I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli +Napieściłaś się! Zosiu! patrząc serce boli; +Opaliłaś okropnie płeć, czysta cyganka, +A chodzisz i ruszasz się, juk parafianka. +Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę, +Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę, +Do salonu, do gości, gości mamy siła, +Patrzajżeż ażebyś mnie wstydu nie zrobiła. + +Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie, +I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie, +Płakała i śmiała się na przemian z radości. +Ach ciociu! już tak dawno nie widziałam gości; +Od czasu jak tu żyję s kury i indyki, +Jeden gość co widziałam to był gołąb' dziki; +Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie, +Pau Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie. + +Sędzia! przerwała ciotka, ciągle mi dokuczał +Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał +Że już jesteś dorosłą; sam nie wié co plecie, +Dziadziuś nigdy na wielkim niebywały świecie. +Ja wiem lepiéj jak długo trzeba się sposobić +Panience, by wyszedłszy na świat effekt zrobić. +Wiedz Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi, +Choć piękny, choć rozumny effektów nie wzbudzi. +Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka. +Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka, +Nagle ni stąd ni zowąd przed światem zabłyśnie, +Wtenczas każdy się do niéj przez ciekawość ciśnie, +Wszystkie jéj ruchy, rzuty oczu jéj uważa, +Słowa jéj podsłuchiwa i drugim powtarza. +A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba, +Każdy ją chwalić musi, choć i niepodoba. +Znaleść się, spodziewam się że umiesz; w stolicy +Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy, +Niezapomniałaś jeszcze całkiem Petersburka. +No, Zosiu, toaletę rób, dostań tam z biórka, +Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania. +Spiesz się, bo lada chwila wrócą s polowania. + +Wezwano pokojowę i służącą dziewkę; +W naczynie srebrne wody wylano konewkę, +Zosia jak wróbel w piasku, trzepioce się; myje +S pomocą sługi ręce, oblicze i szyję. +Telimena otwiera Petersburskie składy, +Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady, +Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą, +(Woń napełniła izbę) włos namaszcza gumą, +Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe, +I trzewiki Warszawskie białe atłasowe; +Tymczasem pokojowa sznurowała stanik, +Potém rzuciła na gors Pannie pudermanik, +Zaczęto przypieczone zbierać papiloty, +Pukle, że nazbyt krótkie uwito w dwa sploty, +Zostawując na czole i skroniach włos gładki; +Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki +Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie; +Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie, +S prawej strony na lewo: kwiat od bladych włosów +Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosow! +Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe. +Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę, +Chusteczkę batystową białą w ręku zwija, +I tak cała wygląda biała jak lilija. + +Poprawiwszy raz jeszcze i włosów i stroju, +Kazano jéj wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju; +Telimena uważa znawczyni oczyma, +Musztruje siestrzenicę, gniewa się i zżyma; +Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rospaczy, +Ja nieszczęśliwa! Zosiu widzisz, co to znaczy +Żyć z gęśmi, s pastuchami! tak nogi rosszerzasz +Jak chłopiec, okiem w prawo i w lewo uderzasz, +Czysto rozwódka! -- dygnij, patrz, jaka niezwinnia! +-- Ach ciociu, rzekła smutnie Zosia, coż ja winna, +Ciotka mnie zamykała; nic było s kim tańczyć, +Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć; +Ale poczekaj ciociu, niechno się pobawię +Trochę z ludźmi, obaczysz jak się ja poprawię. + +Już, rzekła ciotka, z dwojga złego, lepiej s ptastwem +Niż s tém co u nas dotąd gościło plugastwem; +Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał: +Pleban co pacierz mruczał, lub w warcaby grywał, +I palestra s fajkami! to mi kawalery! +Nabrałabyś się od nich pięknéj maniery, +Teraz to pokazać się jest przynajmniéj komu, +Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu. +Uważaj dobrze Zosiu, jest tu Hrabia młody, +Pan, dobrze wychowany, krewny wojewody. +Pamiętaj być mu grzeczną -- + + Słychać rżenie koni +I gwar myśliwców; już są pod bramą; to oni! +Wziąwszy Zosię pod rękę pobiegła do sali. +Myśliwi na pokoje jeszcze niewchadzali, +Musieli po komnatach odmieniać swą odzież, +Niechcąc wniść do dam w kurtkach. Pierwsza wpadła młodzież, +Pan Tadeusz i Hrabia, co żywo przybrani. + +Telimena sprawuje obowiązki Pani, +Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia, +I siostrzenicę wszystkim s kolei przedstawia: +Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską; +Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko, +Chciał coś do niéj przemówić, już usta otworzył, +Ale spojrzawszy w oczy Zosi tak się strwożył, +Ze stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął; +Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął. +Uczuł się nieszczęśliwym bardzo -- poznał Zosię! +Po wzroście i po włosach światłych i po głosie; +Tę kibić i tę główkę widział na parkanie, +Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie. + +Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania, +Widząc że bladnie i że na nogach się słania, +Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku; +Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku, +Nic nie mówiąc -- szerokie, obłędne źrenice +Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę. +Dostrzegła Telimena, iż piérwsze spojrzenie +Zosi, tak wielkie na nim zrobiło wrażenie; +Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana +Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana. +Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega: +Czy zdrów? dla czego smutny? pyta się, nalega +Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty; +Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty, +Nic nie gadając marszczył brwi i usta krzywił: +Tém bardziéj Telimenę pomieszał i ździwił. +Zmieniła wiec natychmiast twarz i ton rozmowy, +Powstała zagniewana, i ostremi słowy +Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty; +Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty, +Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa spluął, +Krzesło nogą odepchnął i s pokoju runął, +Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem że téj sceny +Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny. + +Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole; +Jak szczupak, gdy mu oścień skróś piersi przekole, +Pluska się i nurtuje myśląc że uciecze, +Ale wszędzie żelazo i sznur s sobą wlecze: +Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty, +Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty, +Bez celu i bez drogi; aż nie mało czasu +Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu +I trafił czy umyślnie, czyli też przypadkiem, +Na wzgórek co był wczora szczęścia jego świadkiem, +Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania, +Miejsce jak wiemy, zwane _Swiątynią dumania_. + + Gdy okiem w koło rzuca, postrzega, to ona! +Telimena, samotna, w myślach pogrążona, +Od wczorajszéj postacią i strojem odmienna, +W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna; +Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie, +Choć nie słyszysz szlochania, znać że we łzach tonie. + +Daremnie broniło się serce Tadeusza: +Ulitował się, uczuł że go żal porusza, +Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem, +Nakoniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem: +Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił; +Więc zwolna głowę ku niéj z za drzewa wychylił. +Gdy nagle Telimena zrywa się s siedzenia, +Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skroś strumienia, +Roskrzyżowana, z włosem rospuszczonym, blada, +Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada, +I nie mogąc już powstać, kręci się po darni, +Widać z jéj ruchów w jakiéj strasznéj jest męczarni; +Chywta się za pierś, szyję, za stopy, kolana; +Skoczył Tadeusz myśląc że jest pomieszana, +Lub ma wielka chorobę. Lecz z innéj przyczyny +Pochodziły te ruchy. + + U bliskiéj brzeziny +Było wielkie mrowisko, owad gospodarny +Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny; +Nie wiedziéć czy s potrzeby, czy z upodobania, +Lubił szczególnie zwiedzać świątynię dumania; +Od stołecznego wzgórku aż po źródła brzegi +Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi. +Nieszczęściem Telimena siedziała śród drożki; +Mrówki znęcone blaskiem bieluchnéj pończoszki, +Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać, +Telimena musiała uciekać, otrząsać, +Nakoniec na murawie siąść i owad łowić. + +Niemógł jéj swéj pomocy Tadeusz odmówić; +Oczyszczając sukienkę aż do nóg się zniżył, +Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył -- +W tak przyjaźnéj postawie, choć nic nie mówili +O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili; +I nie wiedzieć jak długo trwałaby rozmowa, +Gdyby ich nie przebudził dzwonek s Soplicowa -- + + Hasło wieczerzy: pora powracać do domu, +Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu. +Może szukają? razem wracać nie wypada; +Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada, +A Tadeusz na lewo biegł do wielkiéj drogi; +Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi: +Telimenie zdało się, że raz s poza krzaka +Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka; +Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi +Pokazał się na lewo cień biały i długi, +Co to było nie wiedział, ale miał przeczucie, +Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie. + +Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy +Niedbajac na wyraźne Sędziego zakazy, +W niebytność Państwa znowu do zamku szturmował, +I kredens doń (jak mówi) zaintromitował. +Goście weszli w porządku i stanęli kołem; +Podkomorzy naywyższe brał miejsce za stołem, +Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, +Idąc kłaniał się damom starcom i młodzieży. +Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna +Po prawéj stronie męża, ma Podkomorzymi. +Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił, +Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił; +Męszczyznom dano wódkę; żaczém wszyscy siedli, +I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli. + +Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi, +W towarzystwie kielichów Węgrzyna, Malagi; +Jedzą, piją a milczą wszyscy. Nigdy pono +Od czasu jako mury zamku podźwigniono, +Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów, +Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów, +Niepamiętano takiéj posępnéj wieczerzy; +Tylko pukanie korków i brzęki talerzy, +Odbijała zamkowa sień wielka i pusta: +Rzekłbyś iż zły duch gościom zasznurował usta. + +Mnogie były powody milczenia: myśliwi +Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi; +Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą, +Postrzegają że wyszli z niéj nie z wielką sława: +Trzebaż było ażeby jeden kaptur popi, +Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip s konopi, +Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie! +Cóż o tém będą gadać w Oszmianie i Lidzie, +Które od wieków walczą s tutejszym powiatem +O piérwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tém. + +Zaś Assessor i Rejent prócz wspólnych niechęci, +Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci. +W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga, +I omykiem spod gaju kiwając urąga, +I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem: +Siedzieli s pochyloném ku misie obliczem. +Assessor nowe jeszcze miał powody żalów, +Patrząc na Telimenę i na swych rywalów. + +Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem, +Pomięszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem; +Chciała zasępionego Hrabiego zabawić, +Wyzwać w dłuższa rozmowę, w lepszy humor wprawić: +Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił s przechadzki, +A raczéj jako myślił Tadeusz z zasadzki; +Słuchając Telimeny, czoło podniósł hardo, +Brwi zmarszczył, spojrzał na nią ledwie nie s pogardą, +Potém przysiadł się jak mógł najbliżéj do Zosi, +Nalewa jéj do szklanki, talerze przynosi, +Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiécha, +Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha. +Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie, +Ze umizgał się, tylko na złość Telimenie; +Bo głowę odwracając niby nie umyślnie, +Co raz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie. + +Telimena nie mogła pojąć co to znaczy, +Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy. +Wreszcie nowym zalotom Hrabiego dość rada, +Zwróciła się do swego drugiego sąsiada. + +Tadeusz téż posępny nic nie jadł, nic nie pił, +Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił; +Telimena mu leje wino, on się gniewa +Na natrętność; pytany o zdrowie -- poziewa. +Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora) +Że Telimena zbytnie do zalotów skora; +Gorszy się że jéj suknia tak wcięta głęboko, +Nie skromnie -- a dopiéro, kiedy podniósł oko! +Aż przeląkł się, bystrzejsze teraz miał źrenice, +Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice, +Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę! +Przebóg, naróżowana! + + Czy róż w złym gatunku, +Czy jakoś na obliczu przetarł się s trefunku: +Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskróś grubszą płeć odsłania. +Może to sam Tadeusz w _Świątyni dumania_, +Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła +Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła. +Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu, +I poprawić kolory swe nie miała czasu; +Około ust szczególniéj widne były piegi. +Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi, +Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać +Resztę wdzięków, i wszędzie, jakiś fałsz wyśledzać: +Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni +Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni! + +Niestety! czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie, +Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie +Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie, +Odmieniać smak i serce -- lecz ktoż sercem władnie? +Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem, +Chłod duszy ogrzać znowu jéj wzroku promieniem: +Już ten wzrok, jako księżyc światły a bez ciepła, +Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła.. +Takie robiąc sam w sobie wyrzuty i skargi, +Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi. + +Tym czasem zły duch nową pokusą go wabi, +Podsłuchiwać co Zosia mówiła do Hrabi: +Dziewczyna uprzejmością Hrabiego ujęta, +Z razu rumieniła się spuściwszy oczęta, +Potém śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali, +O jakiémś niespodzianém w ogrodzie spotkaniu, +O jakiémś po łopuchach i grzędach stąpaniu. +Tadeusz wyciągnąwszy co najdłużéj uszy, +Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy. +Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie źmija, +Dwoistém żądłem zioło zatrute wypija, +Potém skręci się w kłębek i na drodze legnie, +Grożąc stopie co na nią nieostróżnie biegnie; +Tak Tadeusz opity trucizną zazdrości, +Zdawał się obojętny, a pękał ze złości. + +W najweselszém zebraniu niech się kilku gniewa, +Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa. +Strzelcy dawniéj milczeli, druga stołu strona +Umilkła, Tadeusza żółcią zarażona. + +Nawet Pan Podkomorzy nadzwyczaj ponury, +Nie miał ochoty gadać; widząc swoje córy +Posażne i nadobne Panny, w wieku kwiecie, +Zdaniem wszystkich najpierwsze partye w powiecie, +Milczące, zaniedbane od milczącéj młodzi. +Gościnnego Sędziego również to obchodzi; +Wojski zaś uważając że tak wszyscy milczą, +Nazywał tę wieczerzą nie polską, lecz wilczą. + +Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły, +Sam gawęda, i lubił niezmiernie gaduły. +Nie dziw! ze szlachtą strawił życie na biesiadach, +Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach; +Przywykł żeby mu zawsze coś bębniło w ucho, +Nawet wtenczas, gdy milczał, lub s placką za mucha +Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć; +W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu gwarzyć +Pacierze różańcowe, albo gadać bajki: +Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki, +Wymyślonéj od niemców by nas scudzoziemczyć, +Mawiał: Polskę oniemić, jest to Polskę zniemczyć. -- +Starzec wiek przegwarzywszy chciał spoczywać w gwarze, +Milczenie go budziło ze snu: tak młynarze +Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie, +Budzą się krzycząc s trwogą: a słowo stało się. + +Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu, +A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu, +Prosząc o głos; Panowie na ten ukłon niemy +Odkłonili się oba, co znaczy: prosiemy. +Wojski zagaił. + + «Śmiałbym upraszać młodzieży, +Ażeby postaremu bawić u wieczerzy, +Nie milczeć i żuć: czy my Ojce Kapucyni? +Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni, +Jako myśliwiec który nabój rdzawi w strzelbie: +Dla tego ja rozmowność naszych przodków wielbię. +Po łowach szli do stołu, nie tylko by jadać, +Ale aby nawzajem mogli się wygadać, +Co każdy miał na sercu; nagany, pochwały +Strzelców i obławników, ogary, wystrzały, +Wywoływano na plac; powstawała wrzawa, +Miła uchu myśliwców, jak druga obława. +Wiem, wiem o co wam idzie: ta czarnych trosk chmura +Pono z Robakowego wzniosła się kaptura! +Wstydzicie się swych pudeł! niech was wstyd nie pali, +Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali; +Trafiać, chybiać, poprawiać, to kolej strzelecka. +Ja sam, chociaż ze strzelbą włóczę się od dziecka, +Chybiałem; chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk, +Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk. +O Rejtanie opowiem później. Co się tycze +Wypuszczenia z obławy, że oba panicze +Zwierzowi jak należy kroku niedostali +Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali. +Ani gani: bo zmykać mając nabój w rurze +Znaczyło po staremu być tchórzem nad tchórze, +Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu) +Nie przypuściwszy zwierza, nie wziąwszy do celu, +Jest rzecz haniebna; ale kto dobrze wymierzy, +Kto przypuści do siebie zwierza jak należy, +Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty, +Albo walczyć oszczepem, lecz z własnéj ochoty +A nie z musu: gdyż oszczep strzelcom poruczony, +Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony. +Tak było po staremu: a więc mnie zawierzcie, +I waszéj rejterady do serca niebierzcie, +Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie; +Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie, +Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę, +Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę, +Nigdy we dwóch nie strzelać do jednéj źwierzyny. + +Właśnie Wojski wymawiał to słowo źwierzyny, +Gdy Assessor półgębkiem podszepnął: dziewczyny; +Brawo krzyknęła młodzież, powstał szmer i śmiechy, +Powtarzano s kolei przestrogę Hreczechy, +Mianowicie ostatnie słowo: ci źwierzyny, +A drudzy w głos śmiejąc się krzyczeli dziewczyny; +Rejent szepnął: kobiety, -- Assessor: kokiety, +Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety. + +Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu, +Ani uważał, co tam szepcą pokryjomu; +Rad bardzo że mógł damy i młodzież rosśmieszyć, +Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć. +I zaczął, nalewając sobie kielich wina: + +«Nadaremnie oczyma szukam Bernardyna; +Chciałbym mu opowiedziéć wypadek ciekawy, +Podobny do zdarzenia dzisiejszéj obławy. +Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka, +Co tak celnie jak Robak mógł strzelić zdaleka; +Ja zaś znałem drugiego: równie trafnym strzałem +Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem, +Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów, +Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassow. +Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie, +Owszem u stołu, pierwsi wnieśli jego zdrowie, +Nadawali mu wielkich prezentów bez liku, +I skórę zabitego dzika: u tym dziku +J o strzale, powiem wam jak naoczny świadek, +Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek, +A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów +Posłowi Rejtanowi i Księciu Denassow. + +A w tém ozwał się Sędzia nalewając czaszę: +Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze. +Jeśli datkiem nie możem kwestarza zbogacić, +Postaramy się przecież za proch mu zapłacić, +Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru, +Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru. +Lecz skóry Księdzu niedam; lub gwałtem zabiorę, +Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę, +Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli. +Skórą tą rozrządzimy wedle naszéj woli; +Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży, +Skórę Jaśnie Wielmożny pan nasz Podkomorzy +Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył. + +Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył; +Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał, +Tamten jak zwierza znalazł, ten jak ranę zadał, +Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił +Znowu w ostęp. Assessor z Rejentem się kłócił, +Jeden wielbiąc przymioty swojéj Sanguszkówki, +Drugi bałabanowskiéj swéj Sagalasówki. + +Sędzio sąsiedzie, wreszcie wyrzekł Podkomorzy, +Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży; +Lecz nie łacno rozsądzić kto jest po nim drugi, +Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi, +Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem. +Przecież dwóch dziś odznaczył los niebespieczeństwem, +Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura, +Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra. +Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny) +Jako młodszy i jako Gospodarza krewny; +Więc spolia opima weźmiesz Mości Hrabia. +Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia, +Niechaj pamiątką będzie dzisiejszéj zabawy, +Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłéj sławy. + +Umilknął wesoł, myśląc Że Hrabię ucieszył, +Nie wiedział jak boleśnie serce jego przeszył. +Bo Hrabia na strzeleckiéj komnaty wspomnienie, +Mimowolnie wzrok podniósł; a te łby jelenie, +Te gałęziste rogi jakby las wawrzynów +Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów, +Te rzędami portretów zdobione filary, +Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary. +Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości; +Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości. +Dziedzic Horeszków, gościem śród swych własnych progów, +Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów! +A przytém zawiść którą czuł dla Tadeusza, +Tém mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza. + +Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: mój domek zbyt mały, +Niema godnego miejsca na dar tak wspaniały; +Niech lepiéj niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy, +Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy. + +Podkomorzy zgadując na co się zanosi, +Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi. + + Godzieneś pochwał, rzecze, Hrabio mój sąsiedzie, +Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie; +Nie tak jak modni wieku twojego panicze, +Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę +Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie; +Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie. +Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić +Ziemią, w sposób następny -- Tu zaczął wywodzić +Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłéj zamiany; +Już był w połowie rzeczy; gdy ruch niespodziany +Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli, +Wskazują palcem, drudzy z oczyma tam biegli, +Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone, +Wstecznym wiatrem w przeciwną zwróciły się stronę, +W kąt. + + S kątu, kędy wisiał portret nieboszczyka +Ostatniego z rodziny Horeszków Stolnika, +Z małych drzwiczek ukrytych pomiędzy filary, +Wysunęła się cicho postać, nakształt mary. +Gerwazy; poznano go po wzroście, po licach, +Po srebrzystych na żółtéj kurcie Półkozicach. +Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy, +Niezdjąwszy czapki, nawet nieschyliwszy głowy; +W ręku trzymał błyszczący klucz jakby puginał, +Odemknął szafę i w niéj coś kręcić zaczynał. + +Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary, +Dwa kurantowe w szafach zamknięte zegary. +Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie, +Południe wskazywały często o zachodzie; +Gerwazy nie przybrał się machyny naprawić, +Ale bez nakręceniu nie chciał jéj zostawić, +Dręczył kluczem zegary każdego wieczora; +Właśnie teraz przypadła nakręcania pora. +Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę +Stron interessowanych, on pociągnął wagę: +Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe, +Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rosprawę. +Bracie, rzekł, odłóż nieco twą pilną robotę -- +I kończył plan zamiany; lecz Klucznik na psotę +Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru; +I wnet gil który siedział na wierzchu zegaru, +Trzepiocąc skrzydłem zaczął ciąć kurantów nóty. +Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda że popsuty, +Zająkął się i piszczał, im daléj tém gorzéj. +Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Podkomorzy. +Mości Kluczniku, krzyknął, lub raczéj puszczyku, +Jeśli dziob twój szanujesz, dość mi tego krzyku. + +Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył. +Prawą rękę poważnie na zegar położył, +A lewą wziął się pod bok; tak oburącz wsparty, +Podkomorzeńku! krzyknął, wolne pańskie żarty, +Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach +Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach: +Co Klucznik to nie puszczyk; kto w cudze poddasze +Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę. +-- Za drzwi z nim. Podkomorzy krzyknął. + + -- Panie Hrabia! +Zawołał Klucznik, widzisz Pan co się wyrabia: +Czy niedosyć się jeszcze pański honor plami, +Że Pan jadasz i pijasz s temi Soplicami; +Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika, +Gerwazego Rembayłę, Horeszków Klucznika, +Lżyć w domu Panów moich, i Pan że to zniesie! +-- Wtém Protazy zawołał trzykroć: Uciszcie się, +Na ustęp! Ja Protazy Baltazar Brzechalski, +Dwojga imion, Generał niegdyś trybunalski, +Vulgo Woźny, woźneńską obdukcyą robię +I vizyą formalną, zamawiając sobie +Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo +I pana Assessora wzywając na śledztwo, +S powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy: +O inkursyą, to jest o najazd granicy, +Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada, +Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada. +-- Brzechaczu, wrzasnął Klucznik, ja cię wnet nauczę; +I dobywszy z zapasa swe żelazne klucze, +Okręcił w koło głowy, puścił s całéj mocy; +Pęk żelaza wyleciał, jako kamień s procy. +Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci; +Szczęściem schylił się Woźny i wydarł się śmierci. + +Porwali się z miejsc wszyscy, chwilę była głucha +Cichość, aż Sędzia krzyknął: w dyby tego zucha! +Hola chłopcy! -- i czeladź rzuciła się żwawo +Ciasném przejściem pomiędzy ścianami i ławą; +Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę +I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę, +Wara! zawołał, Sędzio! niewolno nikomu +Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu; +Kto ma na starca skargę, niech mi ją przełoży. + +Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy. +«Bez Waścinéj pomocy ukarać potrafię +Zuchwałego szlachetkę; a Waść Mości Grafie, +Przed dekretem ten zamek zawcześnie przywłaszczasz; +Nie Wać tu jesteś panem, nie Wać nas ugaszczasz: +Siedź cicho jakeś siedział; jeśli siwéj głowy +Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy. + +-- Co mi? odmruknął Hrabia, dość już téj gawędy, +Nudźcie drugich waszemi względy i urzędy; +Dość już głupstwa zrobiłem, wdając się z Wać państwem +W pijatyki, które się kończą grubijaństwem. +Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy; +Do widzenia po trzeźwu -- pódź za mną Gerwazy. + + Nigdy się odpowiedzi takiéj niespodziewał +Podkomorzy, właśnie swój kieliszek nalewał, +Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem, +Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym, +Głowę wyciągnął na bok i ucha przyłożył. +Oczy rozdarł szeroko, usta wpół otworzył; +Milczał, lecz kielich w ręku tak potężnie cisnął. +Że szkło dźwięknąwszy pękło, płyn w oczy mu prysnął, +Rzekłbyś że z winem ognia w duszę się nalało, +Tak oblicze spłonęło, tak oko pałało; +Zerwał się mówić, pierwsze słowo niewyraźnie +Mleł w ustach, aż przez zęby wyleciało: Błaźnie! +Grafiąlko! ja cię! Tomasz! karabellę! Ja tu +Nauczę ciebie mores, błaźnie, daj go katu! +Względy, urzędy nudzą, uszko delikatne! +Ja cię tu zaraz, po tych zauszniczkach płatnę. +Fora za drzwi! do kordą! Tomasz, karabellę! + +Wtém do Podkomorzego skoczą przyjaciele; +Sędzia porwał mu rękę; -- Stój Pan, to rzecz nasza. +Mnie tu naprzód wyzwano. Protazy, pałasza! +Puszczę go w taniec jako niedźwiadka na kiju -- +Lecz Tadeusz Sędziego wstrzymał -- Panie stryju, +Wielmożny Podkomorzy, czyż się Państwu godzi +Wdawać się s tym fircykiem, czy tu nie ma młodzi? +Na mnie to zdajcie, ja go należycie skarcę; +A Waszeć Panie śmiałku co wyzywasz starce, +Obaczym czyli jesteś tak strasznym rycerzem; +Rosprawimy się jutro, plac i broń wybierzem. +Dziś uchodź pókiś cały -- + + Dobra była rada; +Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nie luda. +Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki. +Ale z ostrego końca latały butelki +Koło Hrabiego głowy. Strwożone kobiety +W prośby, w płacz; Telimena, krzyknąwszy: niestety! +Wzniosła oczy, powstała, i padła zemdlona, +I przechyliwszy szyję przez Hrabi ramiona, +Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzic. +Hrabia choć zagniewany, wstrzymał się w zapędzie, +Zaczął cucić, ocierać. + + Tymczasem Gerwazy, +Wystawiony na stołków i butelek razy, +Już zachwiał się, już czeladź zakasawszy pieście +Rzucała się nań zewsząd hurmem, gdy na szczęście +Zosia widząc szturm, skoczy i litością zdjęta, +Zasłania starca na krzyż rospiąwszy rączęta -- +Wstrzymali się; Gerwazy zwolna ustępował, +Zniknął z oczu, szukano gdzie się pod stół schował; +Gdy nagle, z drugiéj struny wyszedł jak spod ziemi, +Podniosłszy w górę ławę ramiony silnemi, +Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni, +Wziął Hrabię i tak oba ławą zasłonieni +Cofali się ku drzwiczkom; już dochodzą progów, +Gerwazy stanął, jeszcze raz spojrzał na wrogów, +Dumał chwilę, niepewny, czy cofać się zbrojnie, +Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie. +Obrał drugie; już ławę jak taran murowy +W tył dźwignął dla zamachu, już ugiąwszy głowy, +Z wypiętą na przód piersią, s podniesioną nogą +Miał wpaść... ujrzał Wojskiego, uczuł w sercu trwogę. + +Wojski cicho siedzący s przymrużuném okiem, +Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiém; +Dopiero gdy się Hrabia s Podkomorzym skłócił +I Sędziemu pogroził, Wojski głowę zwrócił. +Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki. +Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki, +Ale w gościnnym jego domu zamieszkały, +O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały. +Przypatrywał się zatém s ciekawością walce, +Wyciągnął zlekka na stół rękę dłoń i palce, +Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia +Indexu, a żelazem zwrócony do łokcia, +Potém rękę w tył nieco wychyloną kiwał +Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał. + +Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznéj bitwie, +Już była zaniedbana podówczas na Litwie, +Znajoma tylko starym; Klucznik jéj próbował +Nieraz w zwadacb karczemnych, Wojski w niéj celował +Widać z zamachu ręki że silnie uderzy, +A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierze +(Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli) +Mniéj baczni młodzi ruchów starca niepojęli; +Gerwazy zbladnął, ławą Hrabiego zakłada, +Cofa się ku drzwiom. -- «Łapaj!» krzyknęła gromada. + +Jako wilk obskoczony znienacka przy ścierwie, +Rzuca się oślep w zgraję co mu ucztę przerwie, +Już goni, mu ją szarpać, wtém śród psiego wrzasku +Trzasło ciche półkorcze, wilk zna je po trzasku, +Śledzi okiem, postrzega, że s tyłu za charty, +Myśliwiec wpół schylony, na kolanie wsparty +Rurą, ku niemu wije, i już cyngla tyka; +Wilk uszy spuszcza, ogon podtuliwszy zmyka, +Psiarnia s tryumfującym rzuca się hałasem, +I skubie go po kudłach, zwierz zwraca się czasem, +Spojrzy, klapnie paszczęką, i białych kłów zgrzytem +Ledwie pogrozi, psiarnia pierzcha ze skowytem. +Taki Gerwazy z groźną cofał się postawą, +Wstrzymując napastników oczyma i ławą, +Aż razem z Hrabią wpadli w głąb' ciemnéj framugi. + +«Łapaj!» krzykniono znowu; tryumf był nie długi: +Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie +Ukazał się na chorze, przy starym organie, +I s trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury, +Wielkąby klęskę zadał uderzając z góry. +Ale już goście tłumnie wychodzili s sieni, +Nieśmieli kroku dostać słudzy potrwożeni, +I chwytając naczyniu w ślad Panów uciekli, +Nawet nakrycia s częścią sprzętów się wyrzekli. + +Któż ostatni, niedbając na groźby i razy +Ustąpił s placu bitwy? Brzechalski Protazy. +On za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie, +Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie, +Aż skończył, i s pustego szedł pobojowiska, +Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska. + +W ludziach straty nie było; ale wszystkie ławy +Miały zwicnione nogi, stół także kulawy. +Obnażony z obrusa, poległ na talerzach +Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach, +Między licznemi kurcząt i jendykow ciały, +W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały. + +Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku, +Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku. +Mrok zgęstniał; reszty pańskiéj wspaniałéj biesiady +Leżą, podobne uczcie nocnéj, gdzie na dziady +Zgromadzać zaklęte mają nieboszczyki. +Już na poddaszu trzykroć krzyknęły puszczyki +Jak guślarze; zdają się witać wschód miesiąca, +Którego postać oknem spadła na stół, drżąca +Niby dusza czyscowa; s podziemu, przez dziury +Wyskakiwały nakształt potępieńców szczury: +Gryzą, piją; czasami w kącie zapomniana +Puknie na toast duchom butelka szampana. + +Ale na drugiém piętrze, w izbie którą zwano, +Choć była bez zwierciadeł, izbą zwierciadlaną, +Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie; +Chłodził się wiatrem, surdut wdział na jedno ramie, +Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował, +I pierś surdutem jakby płaszczem udrapował. +Gerwazy chodził kroki wielkiemi po sali; +Obadwa zamyśleni, do siebie gadali: +-- Pistolety, rzekł Hrabia, lub gdy chcą pałasze. +-- Zamek, rzekł Klucznik i wieś, oboje to nasze. +-- Stryja, synowca, wołał Hrabia, całe plemie, +Wyzywaj -- Zamek, wołał Klucznik, wieś i ziemie +Zabieraj Pan -- to mówiąc zwrócił się do Hrabi -- +Jeśli Pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi. +Poco process, Mopanku! sprawa jak dzień czysta, +Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta; +Część gruntów oderwano w czasie Targowicy, +I jak Pan wié, oddano władaniu Soplicy. +Nie tylko tę część, wszystko zabrać im należy, +Za koszta processowe, za karę grabieży. +Mówiłem Panu zawsze, processów zaniechać, +Mówiłem Panu zawsze: najechać, zajechać; +Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie, +Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie. +Co się tycze dawniejszych s Soplicami sprzéczek, +Jest na to od processu lepszy scyzoryczek; +A jeśli Maciej w pomoc da mi swą rózeczkę, +To my we dwóch, Sopliców tych porzniem na sieczkę. + +Brawo! rzekł Hrabia, plan twóy, gotycko -- sarmacki, +Podoba się mi lepiéj, niż spór adwokacki. +Wiész co? na całéj Litwie narobim hałasu +Wyprawą, niesłychaną od dawnego czasu. +I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę. +Jakąż bitwę widziałem? s chłopami o miedzę. +Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży; +Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży, +Gdym w Sycylji bawił u pewnego księcia, +Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia, +I okupu od krewnych żądali zuchwale; +My zebrawszy na prędce sługi i Wassale, +Wpadliśmy; ja dwóch zbójców ręką mą zabiłem, +Piérwszy wleciałem w tabor, więźnia uwolniłem. +Ach mój Gerwazy! jaki to był tryumfalny, +Jaki piękny nasz powrót, rycersko-feudalny! +Lud s kwiatami spotykał nas -- córka książęcia +Wdzięczna zbawcy, ze łzami wpadła w me objęcia. +Gdym przybył do Palermo, wiedziano z gazety, +Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety. +Nawet wydrukowano o całém zdarzeniu +Romans, gdzie wymieniony jestem po imieniu. +Romans ma tytuł: _Hrabia, czyli tajemnice +Zamku Birbante -- rokka_. Czy są tu ciemnice +W tym zamku? Są rzekł Klucznik, ogromne piwnice, +Ale puste! bo wino wypili Soplice. +-- Dżokejów, dodał Hrabia, uzbroić we dworze, +Z włości wezwać Wassalów! -- Lokajów? broń Boże! +Przerwał Gerwazy. Czy to zajazd jest hultajstwem? +Kto widział zajazd robić s chłopstwem i z lokajstwem? +Mój Panie, na zajazdach nieznacie się wcale; +Wąsalów co innego, zdadzą się wąsale. +Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach, +W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach; +Szlachta odwieczna, w któréj krew rycerska płynie, +Wszyscy przychylni Panów Horeszków rodzinie, +Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców! +Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców; +To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca, +I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca; +Pan spać lubi, już późno, drugi kur już pieje; +Ja tu będę pilnować zamku aż rozdnieje, +A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku. + +Na te słowa Pan Hrabia ustąpił s krużganku; +Ale nim odszedł, spójrzał przez otwór strzelnicy, +I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy, +Iluminujcie! krzyknął, jutro o téj porze, +Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze. + +Gerwazy siadł na ziemi, oparł się o ścianę, +I pochylił ku piersiom czoło zadumane; +Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy, +Gerwazy po nim kryślił palcem różne rysy; +Widać że przyszłych wypraw snuł plany wojenne. +Ciężą mu coraz bardziéj powieki brzemienne, +Bezwładną kiwnął szyją, czuł że go sen bierze, +Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze. +Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryą, +Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją: +Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne Pany, +Ci niosą karabelle, drudzy buzdygany, +Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa, +Składa się karabellą, buzdyganem wstrząsa -- +Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął, +S krwawą na piersi plamą. Gerwazy się wzdrygnął, +Poznał Stolnika; zaczął w koło siebie żegnać, +I ażeby tém pewniéj straszne sny rozegnać, +Odmawiał litanią o czyscowych duszach. +Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach -- +Widzi tłum szlachty konnéj, błyszczą karabelle: +Zajazd! zajazd Korelicz i Rymsza na czele! +I ogląda sam siebie: jak na koniu siwym, +S podniesionym nad głową rapiérem straszliwym +Leci; rospięta na wiatr szumi taratatka, +Z lewego ucha spadła w tył konfederatka; +Leci, jezdnych i pieszych po drodze obala, +I nakoniec Soplicę w stodole podpala -- +Wtém ciężka marzeniami na pierś spadła głowa, +I tak usnął ostatni Klucznik Horeszkowa. + + + + +OBJAŚNIENIA. + + +_Ostatni zajazd na Litwie._ + +Za czasów Rzeczypospolitej Polskiéj, exekwowanie wyroków sądowych było +bardzo trudne, w kraju gdzie władza wykonawcza nie miała prawie żadnéj +policji pod swemi roskazami, a obywatele możni trzymali nadworne półki, +niektórzy nawet, jak książęta Radziwiłłowie, kilkunasto tysięczne +wojska. Żałujący więc uzyskawszy dekret musiał po exekucją udawać się do +stanu rycerskiego, to jest do szlachty, przy któréj była także władza +wykonawcza. Zbrojni krewni, przyjaciele i powietnicy ciągnęli z dekretem +w ręku i w towarzystwie woźnego, zdobywali często nie bez rozlewu krwi +dobra przysądzone żałującemu, które woźny legalnie tradował lub w +possessyę oddawał. Taka exekucja zbrojna dekretu nazywała się +_zajazdem_. -- W dawnych czasach, póki szanowano prawa, najmożniejsi +panowie nie śmieli się opierać wyrokom, rzadko zdarzały się zbrojne +napaści, a gwałt prawie nigdy nie uszedł bezkarnie. Wiadomy z dziejów +smutny koniec księcia Wasila Sanguszki i Stadnickiego zwanego djabłem. +-- Zepsucie publicznych obyczajów Rzeczypospolitéj namnożyło zajazdów, +które ciągle mieszały spokojność Litwy. + + +Str. 9, w. 5. Panno Swięta, co jasnéj bronisz Częstochowy + I w Ostréj świecisz Bramie. + +Wszyscy w Polszcze wiedzą o obrazie cudownym N. P. na jasnéj górze w +Częstochowie. W Litwie słyną cudami obrazy N. P. Ostrobramskiéj w +Wilnie, Zamkowéj w Nowogródku, tudzież Żyrowickiéj i Boruńskiéj. + + +Str. 14, w. 5. Nim się Pan Wojski ubierze. + +Wojski (tribunus) bywał niegdyś z urzędu opiekunem żon i dzieci szlachty +w czasie pospolitego ruszenia. Od dawnego czasu urząd ten bez obowiązków +stał się tytularnym. W Litwie jest zwyczajem, iż Osobom poważnym, nadaje +się przez grzeczność jakikolwiek tytuł dawny, który używaniem uprawnia +się. Mianują naprzykład sąsiedzi przyjaciela swego Oboźnym, Stolnikiem +lub Podczaszym, z razu w rozmowie tylko i w korrespondencyi, a następnie +nawet w aktach urzędowych. Rząd Rossyjski zabraniał podobnych tytułów, i +pragnąłby je śmiesznością okryć a wprowadzić na ich miejsce, tytułowanie +podług rang swojéj hierarchji, do któréj Litwini dotąd wielki wstręt +mają. + + +Str. 14, w. 19. ....Ale nie myśl wcale, + Aby w domu Sędziego służono niedbale. + +Rząd Rossyjski nigdy w krajach zdobytych nie obala od razu praw i +instytucji cywilnych, ale je powoli ukazami podkopuje i rostacza. W +Małorossyi na przykład, utrzymano aż do ostatnich czasów Statut +Litewski, ukazami odmieniony. Litwie zostawiono całe dawne urządzenie +Sądów cywilnych i kryminalnych. Obierani więc są po dawnemu Sędziowie +ziemscy i grodzcy w powiatach, i Sędziowie główni w guberniach. Ale że +appellacya idzie do Petersburga do mnogich różnego stopnia instancji, +przy sądach więc miejscowych, ledwie pozostał cień dawnéj powagi +tradycyjnéj. + + +Str. 16, w. 1. Podkomorzy już zjechał z żoną i s córkami. + +Podkomorzy, niegdyś urzędnik znakomity i poważny Princeps Nobilitalis, +za rządu Rossyjskiego stał się tylko tytularnym. Sądził jeszcze niekiedy +sprawy graniczne, ale nakoniec i tę część jurysdykcji utracił. Teraz +zastępuje czasem Marszałka, i mianuje Komorników czyli miernicznych +powiatowych. + + +Str. 19, w. 11. Wojski z Woźnym Protazym ze świecami w sieni. + +Woźny albo jenerał, wybrany uchwałą trybunalską lub sądową ze szlachty +osiadłéj, roznosił pozwy, ogłaszał intromissye, robił wizye, przywoływał +aktoraty etc. Pospolicie drobna szlachta urząd ten sprawowała. + + +Str. 28, w. 11. Biegali za nim wszyscy jakby za rarogiem. + +Raróg, ptak z gatunku jastrzębia. Wiadomo że za jastrzębiami drobne +ptastwo szczególnie jaskułki, tłumnie opędzają się. Stąd przysłowie: +latać jak za rarogiem. + + +Str. 32, w. 13 Że Bonapart czarował. + +Mnóstwo krąży powieści między prostym ludem rossyjskim o czarach +Bonapartego i Suwarowa. + + +Str. 34, w. 21. Assessora z Rejentem wzmogła się uparta. + +Assessorowie składają policją ziemską powiatu. Wedle ukazów czasem +bywają obierani przez obywateli, czasem naznaczani od Rządu; ci ostatni +zowią się koronni. Sędziowie appellacyjni zowią się także Assessorami, +ale tu nie o nich mowa. + +Rejenci aktowi zarządzają kancellarją, dekretowi piszą wyroki, wszyscy +zaś mianowani z ręki Pisarzów sądowych. + + +Str. 45, w. 3. Coby Rzekł Wojewoda Niesiołowski stary. + +Józef Hrabia Niesiołowski, ostatni Wojewoda Nowogrodzki, był prezesem +Rządu rewolucyjnego w czasie powstania Jasińskiego. + + +Str. 45, w. 9. Białopiotrowiczowi samemu odmówił. + +Jerzy Białopiotrowicz, ostatni pisarz W. X. Litewskiego, czynnie należał +do powstania Litwy pod Jasińskim. Sądził więźniów stanu w Wilnie. Mąż +dla cnot i patryotyzmu bardzo szanowany w Litwie. + + +Str. 47, w. 21. Woźny pas mu odwiązał, pas Słucki, pas lity. + +W Słucku sławna była fabryka złotogłowu i pasów litych na całą Polskę; +udoskonalona staraniem Tyzenhauza. + + +Str. 49, w. 2. Była to trybunalska wokanda... + +Wokanda, wąska podługowata książeczka, na któréj spisywano nazwiska +stron processujących wedle porządku aktoratów. Każdy Adwokat i Woźny +musiał mieć takową, wokandę. + + +Str. 51, w. 11. Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów. + +Jenerał Kniaziewicz, wysłany przez armią włoską, złożył Dyrektorjatowi +zdobyte chorągwie. + + +Str. 51, w. 12. Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie. + +Książe Jabłonowski, dowodzący Legią Naddunajską, umarł w Saint Domingo, +i prawie cała legia tam zginęła. W Emigracji jest kilku Weteranów +pozostałych z owéj nieszczęsnéj wyprawy, między innymi Jenerał +Małachowski. + + +Str. 68, w. 18. I w organ i w rozliczne instrumenty grała. + +W dawnych zamkach stawiano na chorach organ. + + +Str. 71, w. 7. I czarną mu polewkę do stołu podano. + +Czarna polewka podana u stołu paniczowi starającemu się o rękę panny, +oznaczała rekuzę. + + +Str. 81, w 19. Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku. + +Wiciny są to wielkie statki na Niemnie, któremi Litwini prowadzą handel +s Prussami, spławiając zboża, i biorąc wzamian za nie towary kolonialne. + + +Str. 97, w. 9. Książe Dominik, kiedym z nim razem polował. + +Ks. Dominik Radziwiłł, wielki miłośnik polowania, -- emigrował do +Księstwa Warszawskiego, i wystawił własnym kosztem pułk jazdy, którym +dowodził. Umarł we Francyi. Na nim zgasła linia męska Książąt na Ołyce i +Nieświeżu, największych Panów w Polszcze i zapewne w Europie. + + +Str. 97, w. 11. ...z Jenerałem Mejenem. + +Mejen odznaczył się w wojnie Narodowéj za Kościuszki. Dotąd pokazują pod +Wilnem okopy Mejenowskie. + + +Str. 114, w. 10. Panienki za wysmukłym gonią borowikiem, + Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem. + + +Znajoma w Litwie pieśń gminna, o grzybach wychodzących na wojnę pod +wodzą borowika. W téj pieśni opisane są własności grzybów jadalnych. + + +Str. 132, w. 9. Nasz malarz Orłowski... + +Znany malarz rodzajowy; na kilka lat przed śmiercią malować zaczął +pejzaże. Umarł, niedawno w Petersburgu. + + +Str. 138, w. 14. .....Dwie Pijawki, + Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Srabczyną. + + +Rodzaj psów angielskich, małych i silnych, zwanych pijawkami, służy do +łowów na wielkiego zwierza, szczególniéj niedźwiedzia. + +_Sprawnik_ czyki kapitan Sprawnik, naczelnik Policji Ziemskiéj -- +_Strabczy_, rodzaj Prokurora rządowego. Urzędnicy ci mając często +sposobność nadużywania władzy, w wielkiém są obrzydzeniu u obywateli. + + +Str. 144, w. 5. Ukołysany marzył o wilku żelaznym. + +Podług tradycji, wielki Książe Gedymin miał sen na górze Ponarskiéj o +wilku żelaznym, i za radą Wajdeloty Lizdejki założył miasto Wilno. + + +Str. 144, w. 26. Ostatni król co nosił kołpak Witoldowy. + +Zygmunt August był podniesiony starożytnym obyczajem na stolicę +Wielkiego Księstwa Litewskiego, przypasał miecz i koronował się +kołpakiem. Lubił bardzo myśliwstwo. + + +Str. 145, w. 2. Czy żyje wielki Baublis. + +W powiecie Rosieńskim w majętności Paszkiewicza Pisarza Ziemskiego, rosł +dąb znany pod imieniem Baublisa, niegdyś w czasach pogańskich czczony +jak świętość. We wnętrzu tego wygniłego olbrzyma, Paszkiewicz założył +gabinet starożytności Litewskich. + + +Str. 145, w. 5. Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem. + +Nie daleko fary Nowogrodzkiéj, rosły starożytne lipy, których wiele +wycięto około roku 1812. + + +Str. 145, w. 15. ....Wszak ów dąb gaduła + Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa. + +Ob. Poema Goszczyńskiego «Zamek Kaniowski.» + + +Str. 156, w. 2. Kołomyjek z Halicza. + +Kołomyjki, piosenki ruskie w rodzaju mazurów polskich. + + +Str. 156, w. 16. Znał się dobrze na handlu zbożowym, + Na wicinnym... + +Ob. przyp. do str. 81, w. 18. + + +Str. 157, w. 12. Miejsce zwane pokuciem. + +Zaszczytne miejsce, gdzie dawniéj stawiano bogów domowych, gdzie dotąd +rossyanie zawieszają obrazy. Tam wieśniak litewski sadza gościa którego +chce uczcić. + + +Str. 169, w. 20. Orzeł gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi, + Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi. + + +Dzioby wielkich ptaków drapieżnych z wiekiem coraz bardziéj zakrzywiają +się, i nakoniec wierzchnie ostrze zagiąwszy się, dziób zamyka, i ptak z +głodu umiérać musi. To mniemanie gminne przyjęli niektórzy +Ornitologowie. + + +Str. 170, w. 2. Stąd to w miejscach dostępnych kędy człowiek gości, + Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości. + +Rzeczywiście, nie ma przykładu, aby znaleziono kiedy szkielet zdechłego +zwierza. + + +Str. 179, w. 2. A co fuzyjka moja, nie wielka ptaszyna. + +Ptaszynki są to strzelby małego kalibru, w które kładzie się drobna +kula. Dobrzy strzelcy s takich fuzji ptaka w lot trafiają. + + +Str. 184, w. 1. Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu. + +W butelkach wódki gdańskiéj, bywają na dnie listki złota. + + +Str. 191, w. 14. ...Taki ziemi kawał, + Któryby się wołową skóra nakryć dawał. + +Królowa Dydo kazała porznąć na pasy skórę wołowa, i tym sposobem +zamknęła w obrębie skóry obszerne pole, gdzie wystawiła Kartaginę. +Wojski wyczytał opis tego zdarzenia nie w Eneidzie, ale zapewne w +Kommentarzach Scholiastów. + + +Str. 212, w. 1. Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip s konopi. + +Raz na Sejmie poseł _Filip_ ze wsi dziedzicznej _Konopie_, Zabrawszy +głos, tak dalece odstąpił od materji, że wzbudził śmiech powszechny w +Jzbie. Stąd urosło przysłowie: wyrwał się jak Filip s konopi. + +NB. Niektóre miejsca w pieśni czwartéj są pióra Stefana Witwickiego. + + + + +OMYŁKI. + +Str. 50, w. 17. Bez ręki lub nogi _popraw:_ Bez ręki lub bez nogi. + +Str. 52, w. 4. Piotrowki, Obolewki _popraw:_ Piotrowski, Obolewski + +Str. 53, w. 10. Postrzegli to chłopcy _popraw:_ Postrzegali to chłopcy + +Str. 83, w. 12. Oba dobrze pusczczali _popraw:_ Oba dobrze poszczuli + +Str. 111, w. 14. Cały w wiatr _popraw:_ Cały kwiat + +Str. 124, w. 14. Jesli Tadeusza _popraw:_ Jesli Tadeuszka + +Str. 144, w. 20. Bym was oglądał znowu _popraw:_ Bym wrócił was oglądać + +Str. 168, w. 8. W koło _popraw:_ W około. + + +CENA 2 TOMÓW ZŁO. POL. DWADZIEŚCIA. + + + + +SPIS RZECZY. + + + strona. +KSIĘGA PIERWSZA GOSPODARSTWO 5 +KSIĘGA DRUGA - ZAMEK 55 +KSIĘGA TRZECIA - UMIZGI 99 +KSIĘGA CZWARTA - DYPLOMATYKA I ŁOWY 141 +KSIĘGA PIĄTA - KŁOTNIA 193 +OBJAŚNIENIA 241 + +W TYPOGRAFII A. PINARD, PRZY WYBRZEŻU VOLTAIRE, 15. + + + + + + +End of Project Gutenberg's Pan Tadeusz, (Tom Pierwszy), by Adam Mickiewicz + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK PAN TADEUSZ, (TOM PIERWSZY) *** + +***** This file should be named 31536-0.txt or 31536-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + http://www.gutenberg.org/3/1/5/3/31536/ + +Produced by Jimmy O'Regan and the volunteers of Distributed +Proofreaders Europe http://dp.rastko.net (Produced from +images generously made available by CBN Polona +http://www.polona.pl) + + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License (available with this file or online at +http://gutenberg.org/license). + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH F3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need, are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation web page at http://www.pglaf.org. + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at +http://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at +809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email +business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact +information can be found at the Foundation's web site and official +page at http://pglaf.org + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit http://pglaf.org + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including checks, online payments and credit card donations. +To donate, please visit: http://pglaf.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart is the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + http://www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. |
